Okej, ten rozdział był sklejany z kilku fragmentów, napisanych w różnych momentach, kiedy miałam bardzo różne poglądy na fabułę, toteż mogą się tu pojawiać jakieś nieścisłości - trzeba krzyczeć i pytać. Dalej już jest spójnie, ale tu może być różnie, a przyznam, że po prostu nie mam siły czytać tej sklejki po raz 3837633623i7243. Już mi bokiem wychodzi i chcę to tu wrzucić i mieć z głowy, a potem cieszyć się lepszymi rozdziałami :)
Formatowanie trochę świruje, ale nie umiem tego poprawić :<
— Ta przepaska
na twoim czole — odezwała się Eldarka. Głowę miała zwróconą w stronę Rigela. —
Dlaczego ją nosisz?
Chłopak
uśmiechnął się pod nosem.
— Nigdy nie
słyszałaś o homo navigo? — zapytał.
Iserith pokręciła głową. — Jestem Nawigatorem. Przez wielkie „N” — wyjaśnił. —
W sumie my, Nawigatorzy, jesteśmy jak ludzie, poza tym tylko, że w naszych
genach zaszła mutacja. — Poniósł chudą rękę i wskazał ną skórzaną opaskę na
swoim czole. — Trzecie oko, którym możemy wejrzeć w Osnowę — powiedział.
— To ciekawe —
powiedziała Eldarka. Zdawała się tym szczerze zaintrygowana. Zasiadła w fotelu
pomiędzy Jovanem i Rigelem. Dla mnie i Stridena, który wciąż był w szoku po
poznaniu niespodziewanego gościa, brakło miejsca. — Ale czy mutacje nie są
przez was, ludzi, traktowane jako odstępstwo i przejaw bycia dotkniętym przez
Chaos?
— Nie takie —
odpowiedział jej Jovan. Niecierpliwym ruchem odrzucił z twarzy jasne włosy,
które nosił długie do ramion i wiecznie potargane. — O taką mutację można się
tylko modlić, co, Rigel? Jego rodzinka…
— Moja rodzina
to coś, co dawno zostawiłem za sobą — uciął Nawigator. — Nazywam się Rigel
Belisarius, ale nic ci to nie mówi, prawda?
Iserith
pokręciła przecząco głową.
— Jego mamuśka
jest Celestarchą na Terrze — powiedział Jovan. — Juliana Belisarius. To jest
ktoś, nie, szefie?
Skrzywiłem się.
Żaden chyba
inkwizytor nie przepadał za Nawigatorami. Prawda była taka, że bez nich
Imperium absolutnie nie miałoby prawa bytu, bo podróże w Osnowie byłyby dla
ludzi niedostępne. Nawigatorzy doskonale zdawali sobie z tego sprawę i bez
mrugnięcia okiem — żadnym z trzech — wykorzystywali swoją pozycję, wyślizgując
się nawet poza kontrolę Inkwizycji.
— Tak, to jest
ktoś — zgodziłem się. — Cholerne dupki, wszyscy jak leci. Wybacz,
Rigel, nie ty.
Wiedzą, jak są potrzebni i nikomu nie dają o tym zapomnieć. Szczególnie Dom
Belisarius.
Chłopak machnął
ręką na znak, że zupełnie nie poczuł się dotknięty tą uwagą.
— Zwiałem
stamtąd mając kilkanaście lat — powiedział Eldarce krótko. — Nie mogłem znieść
takiego życia, wiecznej kontroli, polityki. Cała rodzina była mi właściwie
obca. Nic mnie tam nie trzymało. Uciekłem i przygarnął mnie ojciec Jovana —
powiedział, ruchem łysej głowy wskazując na przyjaciela. — Dał mi robotę na
swoim statku handlowym. No a potem szef nas wypatrzył i tak skończyliśmy tutaj.
Eldarka
słuchała go, ale wyraźnie się nad czymś zastanawiała.
— O co chodzi?
— zapytałem ją więc. Podniosła głowę najpierw na mnie, a potem popatrzyła na
Rigela.
— Belisarius —
powtórzyła po nim. — Znam to słowo. Słyszałam je już. Chyba bardzo dawno temu.
– Zmarszczyła brwi.
Chłopak
uśmiechnął się, słysząc to.
— A więc jednak
kojarzysz — powiedział. — Bo widzisz, twoi bracia z Ulthwe uratowali kiedyś,
dawno temu tyłki paru szychom z mojego rodu. Oni, w wyrazie wdzięczności,
zostawili wam monety, które pozwolą wezwać ich lub ich potomków w razie
potrzeby.
— Tak —
powiedziała powoli. — Tak, pamiętam. Eldrad Ulthran mówił o tym Isdaelowi –
mruknęła jakby do siebie. Striden popatrzył na mnie pytająco, ale ja tylko
wzruszyłem ramionami.
Wiedziałem, kim
był Eldrad Ulthran — każdy wiedział — ale nie wiedziałem, kim był Isdael.
Zapytałem więc.
— To mój
przyjaciel — powiedziała krótko. — Arcyprorok z Il-Kaithe.
— A ten Eldrad…
Jakiśtam? — zapytał ją Striden.
Popatrzyłem na
niego niemal karcąco i już otwierałem usta, by dać mu szkołę, co
żeby wiedział, że
pracując dla Ordo Xenos trzeba wiedzieć takie rzeczy, ale wtedy Jormundus
wystawił swój zarośnięty łeb z korytarza i czerwony na twarzy zaczął tyradę:
— Nie wiesz,
dzieciaku, kim jest Eldrad Ulthran? — zapytał z niedowierzaniem. — Arjan,
chłopcze, po co ty mu w ogóle dałeś robotę?
Striden miał
wiele innych zalet, ale wiedziałem, że żadna z nich nie wynagrodzi Jormundusowi
tej ignorancji. Chłopak zacisnął usta i przewrócił oczami, dobrze wiedząc co
nadchodzi.
— Eldrad
Ulthran — zaczął Jormundus — jest Arcyprorokiem na Ulthwe.
— A powinienem
to wiedzieć, ponieważ…?
— Człowieku,
chodziłeś ty kiedyś do szkoły?
— Owszem, ale
tam wbijali nam do głowy tylko propagandę — odpowiedział z godnością. — Nie
mówiło się o obcych. To i skąd mam wiedzieć?
— Eldrad
Ulthran ujrzał w swych wizjach zdradę waszego Prymarchy, Horusa — powiedziała
krótko Iserith. Byłem jej za to wdzięczny, bo choć sama nie zdawała sobie z
tego sprawy, to Jormundus naprawdę szybko by nie skończył. I oczywiście to ja
musiałbym tego wysłuchać do końca. — Próbował ostrzec Fulgrima i prosił go, by
zaniósł wieści o zdradzie na Terrę. Ale było za późno, on został już dotknięty
spaczeniem Chaosu. Po tym bardzo się zawiódł i nigdy już nie odzyskał wiary w
ludzi.
Zapadło po tym
ciężkie milczenie. Dla każdego człowieka wspomnienie tamtych czasów wciąż
mroziło krew w żyłach.
Striden
odchrząknął, a potem, gdy się odezwał, zupełnie zmienił temat.
— Eldarko,
zawsze nosisz tę maskę?
— Nie zawsze.
— Nie zdjęłabyś
jej? — zapytał. — Miło byłoby wiedzieć, z kim rozmawiam.
Musiałem
przyznać, że i ja byłem jej ciekaw. Widziałem tylko jej długie, złocistorude
włosy i te dziwne, szarozielone, błyszczące niczym kocie oczy i blade,
spiczaste uszy wystające zza maski. Nie musiałem jednak wcale na nie patrzyć,
by i tak kłuło w oczy to, jak nieludzka była. Każdy jej ruch, choć piękny i
pełen gracji, napawał mnie wstrętem.
— Nie —
powiedziała. — Nie zdejmę jej.
Zastanowiłem
się, czy to był tylko kaprys, czy miała ku temu jakiś powód. Nic już więcej nie
powiedziała, a ja przez chwilę patrzyłem, jak długimi, odzianymi w rękawiczkę
palcami przesuwa po migoczącej powierzchni kryształu u swojego pasa. Potem
zostawiłem ich samych ufając, że lepiej niż ja znają się na prowadzeniu statku
przez Osnowę.
*
— Pozbyliśmy
się z Jormundusem ciała — powiedziała mi krótko Elsy.
Podczas
tranzytu w Osnowie nie miałem wiele do roboty. Nikt z nas nie miał, prócz
Rigela, Jovana i Eldarki. Mógłbym odespać całe zmęczenie i napięcie, jakie
towarzyszyło nam przez ostatnie tygodnie, ale wcale nie chciałem. Sny podczas
tranzytu nie należały do przyjemnych, wolałem więc unikać go tak długo, jak
miałem ku temu powód. A Elsy była bardzo dobrym powodem.
— Dobrze.
Ten temat
uznałem więc za zakończony, choć myśl o tym, jak okrutna Elsy się okazała,
kołatała gdzieś z tyłu mojej głowy. Nie dziwiło mnie to, wszak heretycy nie
zasługiwali na żadną litość, jednak przeszło mi przez myśl, że to było zbędne.
Popatrzyłem jednak na Elsy i poniechałem poruszania tego tematu. Ja też nie
byłem święty, więc tak naprawdę nie powinienem był jej oceniać.
Leżała na łóżku
naga, a ja, choć widziałem ją już wiele, wiele razy, nie umiałem oderwać od
niej oczu. Była mała, ale wcale nie drobna — sylwetkę miała szczupłą, ale nie
przesadnie i nie brakowało jej absolutnie niczego. Ciemnorude włosy stanowiły
wyraźny kontrast dla jej jasnej skóry. Nie mogłem się powstrzymać i zatknąłem
jej kosmyk za ucho, odsłaniając tym samym jej ramię.
— Przepraszam,
że taka byłam — mruknęła Elsy. Wierciła się nieco i przysunęła się do mnie, a
ja zadrżałem pod dotykiem jej ciepłej skóry. Żółte oczy wyrażały szczerą
skruchę. Albo przynajmniej wiarygodną, bo nie było ani dla mnie, ani dla niej
tajemnicą, że już dawno temu okręciła mnie sobie dookoła palca i mogła mi
wcisnąć wszystko, co tylko zechciała. — To wszystko przez to, że naprawdę
uważam, że to niewłaściwe.
— Wiem, Elsy —
zapewniłem ją.
Pogłaskałem ją
po ramieniu, by wiedziała, że nie mam do niej żalu. Może była opryskliwa, ale
wiedziałem, że tak będzie. Ona jedna z nas wszystkich była w głębi duszy
prawdziwie konserwatywna. Nie wiem, co ją podkusiło, by za mnie wyjść
szczególnie, że przy naszym pierwszym spotkaniu nasłuchała się ode mnie sporo
złorzeczenia na mojego purytańskiego mistrza i wiedziała, że nigdy nie było mi
z jego poglądami po drodze.
— Nie myśl
sobie, że jestem takim samym czubkiem jak Jormundus — podsunąłem jej jeszcze. —
Ale widzisz, że dzięki tej współpracy coś się ruszyło.
— Tylko czy to
jest tego warte? — zapytała Elsy.
Westchnąłem.
— Ja wiem, że
nasze punkty widzenia się różnią — zacząłem. — To nie jest może najpiękniejsze
co mogłem zrobić, no i wcale nie robię tego z ochotą, ale na Złoty Tron, takie
rzeczy wiele razy się zdarzały i nie jest to nic szczególnie dziwnego. Wiesz o
tym.
— Wiem. Tylko
że wciąż uważam, że do celu nie można dążyć za wszelką cenę.
Cienka linia
dzieli taką współpracę od skrajnego radykalizmu. Wiesz o tym.
Wiedziałem.
Tylko że ja nigdy nie uważałem się za szczególnego radykała i byłem przekonany,
że wiem, gdzie leży nieprzekraczalna granica. Elsy przyglądała mi się chwilę
sceptycznie, a potem zbliżyła się do mnie i mnie pocałowała.
Dziesięć lat
byliśmy razem, a ja wciąż i wciąż nie mogłem wyzbyć się zachwytu, jaki we mnie
wzbudzała. Choć czasami odnosiłem wrażenie, że całe to małżeństwo jest jedną
wielką pomyłką, bo właściwie częściej skakaliśmy sobie do gardeł niż
rozmawialiśmy jak ludzie, to mimo wszystko nie wyobrażałem sobie życia bez
niej. Warto było znosić to wszystko dla chwil takich, jak ta.
— Chyba nie
chcę teraz mówić ani o Eldarce, ani o naszych poglądach.
— Nie? — Jej głos zabrzmiał prowokacyjnie i
zadziornie, a żółte oczy rozbłysły.
— Nie —
odrzekłem. — Wolałbym się raczej zająć swoją żoną.
Nachyliłem się
w jej stronę, by ją pocałować, ale — ku mojemu nieskończonemu
zdziwieniu —
poczułem na twarzy jej dłoń, która mnie przed tym powstrzymała.
Popatrzyłem na
nią ze zdziwieniem i urazą.
— Polecimy na
Lyonesse, zgarniemy heretyków — powiedziała. — I co później? Pozbędziesz się
Eldarki?
— Elsy…
— Odpowiedz.
Patrzyłem na
nią długą chwilę i dotarło do mnie, że ona nie odpuści. Westchnąłem ciężko,
pogodziwszy się ze swoim losem.
— Nie wiem. To
wszystko zależy od tego, co znajdziemy w księgach.
— A czy nie
byłoby rozsądniej zniszczyć je, by, cokolwiek kryją, ich tajemnice nigdy nie
zostały ujawnione, a potem pozbyć się wiedźmy?
— To zależy od tego, co w nich znajdziemy —
powiedziałem cierpliwie. — Może byłoby to coś, co przydałoby się Imperium? Albo
coś, co nigdy nie powinno wpaść w niepowołane ręce? Być może będziemy musieli
to odszukać i sprawa się wydłuży.
— A Eldarka na
stałe dołączy do twojego zespołu, tak?
Zacisnąłem
usta, wiedząc dobrze, że Elsy będzie drążyć ten temat tak długo, dopóki nie
wyrzuci z siebie wszystkiego, co jej leżało na wątrobie.
— Nie bądź
śmieszna, Elsy — powiedziałem krótko. — Nie rozpatruj tego w takich kategoriach.
A poza tym, to nie „mój”, a „nasz” zespół.
— Popatrz,
jakoś niespecjalnie widzę, żeby cię moje zdanie obchodziło.
— Elsy, czy ty
możesz wreszcie po prostu powiedzieć o co ci chodzi? — zapytałem ją. — Nie
jestem w nastroju na twoje humory. Powiedz o co chodzi, ja ci powiem co mam do
powiedzenia i skończmy już ten temat, dobrze?
— Nie możemy
się przed nią w żaden sposób obronić.
— Ona nas nie
atakuje.
— Może i nie,
ale odejdzie wtedy, kiedy sama tego zechce, a nie wtedy, kiedy ty jej każesz —
powiedziała twardo. — Nie słuchała cię, kiedy kazałeś jej zostawić heretyczkę.
W ogóle cię nie słucha, rozumiesz? Ma głęboko w nosie nas wszystkich, będzie
robiła tylko to, co sama uważa za stosowne. Może i się przydała, ale to jest po
prostu niebezpieczne, rozumiesz? Nie mamy nad nią żadnej kontroli.
Wiedziałem, że
muszę skłamać i czułem się przez to jak ostatni śmieć, ale to był jedyny
sposób, by wreszcie zamknąć Elsy usta.
— Dobrze,
zabierze nas na Lyonesse, a potem każę jej odejść — powiedziałem.
Nie zamierzałem
tego uczynić, przynajmniej tak długo, jak nie miałem pewności, że nie będziemy
potrzebować pomocy, ale Elsy chciała to usłyszeć, więc jej to dałem. I tak
zebrałbym burę i było mi właściwie obojętne czy stanie się to teraz, czy kiedy
wyda się moje kłamstwo.
Miało ono
jednak z pewnością wielką zaletę — Elsy, ukontentowana tym, co usłyszała,
porzuciła temat Eldarki i zdecydowanie bardziej zainteresowała się mną.
W tranzycie
chciałem spać tak krótko, jak to możliwe. Elsy sprawiła, że tego cyklu nocnego
nie zasnęliśmy w ogóle.
*
Lyonesse była
dość wyludnioną planetą, choć po prawdzie nie wiedziałem dlaczego, bo ani
klimat nie był tu nieprzyjemny, ani okolica, ani nawet w bliskim sąsiedztwie
nie znajdowało się nic, co mogłoby potencjalnej cywilizacji zagrażać. Być może
był tu problem z surowcami, a ponieważ Lyonesse leżała dość daleko od szlaków
handlowych, mieszkanie tu mogło być po prostu zbyt drogie. Z tego, co było mi
wiadomo, mieszkało tu tylko kilka niemal zupełnie pozbawionych technologii
plemion. Tym łatwiej było nam wykryć heretyków.
Jovan posadził
statek w niezbyt głębokiej dolinie. On i Rigel zostali na pokładzie, a ja,
Jormundus, Elsy i Iserith zeszliśmy na powierzchnię.
Szliśmy szybkim
krokiem, a Iserith, ku irytacji Elsy, szybko wysunęła się na przód i wszyscy
chcąc nie chcąc podążaliśmy za nią. Maszerowała pośród wysokiej trawy śmiało i
pewnie, jakby doskonale wiedziała, dokąd iść.
— Hej,
ostroucha! — zawołała Elsy. — Wiesz gdzie są?
—Tak.
Eldarka była
oszczędna w słowach. Słońce piekło niemiłosiernie i gdyby nie lekki pancerz,
który w całym swoim błogosławieństwie dbał o to, bym nie umarł z gorąca, pewnie
rozpuściłbym się na miejscu.
— A wiesz
przypadkiem ilu ich jest? — zapytał Jormundus.
— Pięciu.
Elsy rzuciła mi
znaczące spojrzenie, jakby chciała zasugerować, że to podejrzane, że tyle wie.
Ja natomiast założyłem, że po prostu ich policzyła, gdy przeniosła się by
sprowadzić tamtą kobietę. Dreszcz przebiegł mi po plecach na samo tylko jej
wspomnienie. Nie byłem tchórzem, ale mimo wszystko myśl o spotkaniu jeszcze
pięciu jej podobnych nie należała do przyjemnych.
— Skąd wiesz
gdzie są, co? — zapytała Iserith Elsy. — Może jednak masz z tym
coś wspólnego?
— Przestań
mówić.
Twarz Elsy
przybrała kolor podobny jej włosom, ale ruchem ręki dałem jej znać, by się
opanowała. Nie czas był teraz na to. Musieliśmy dotrzeć do heretyków i odebrać
im księgi. Musiała to rozumieć, bo jeśli nie, to nie mogłem zabierać jej w
teren. Osobiste urazy to jedno, a praca to osobna kwestia i wszyscy musieliśmy
o tym pamiętać.
Nie umknęło
mojej uwadze to, jaki chłód usłyszałem w głosie Iserith, gdy zwracała się do
Elsy. Choć prędzej odgryzłbym sobie język niż przyznał to na głos, Eldarka
zdawała się całkiem przyjemna — jeszcze ani razu nie wytknęła nam swojej
wyższości, jak to zazwyczaj jej pobratymcy mieli w zwyczaju. A jednak jej głos
brzmiał inaczej, gdy mówiła do Elsy. Nie wiedziałem, czy instynktownie
wyczuwała jej niechęć do siebie, czy może z jakiegoś sobie tylko znanego powodu
i ona ją do Elsy żywiła, niemniej jednak znając swoją żonę mogłem z dużym
prawdopodobieństwem założyć, że to nie ma prawa skończyć się dobrze, cokolwiek
było na rzeczy. Nie mogłem natomiast pojąć, jaki kłopot Eldarka ma z Elsy. Może
to prawda, że nie była z nami do końca szczera, a ryzyko odkrycia prawdy przez
psionika było większe niż przez nas, pozbawionych tego rodzaju umiejętności? To
wszystko wydało mi się dziwne i postanowiłem,
że ograniczę swoje zaufanie do tej istoty jeszcze bardziej.
Wspięliśmy się
na kamieniste wzgórze i wtedy dostrzegliśmy ich nieopodal.
Popatrzyliśmy
po sobie.
— Podchodzimy?
— zapytałem.
W zasadzie nie
kierowałem pytania do Iserith, ale to ona mi odpowiedziała.
— Nie.
— To po co tu
przyszliśmy?! — syknęła Elsy.
— Powiedziałam
ci, żebyś milczała — odrzekła chłodno Eldarka, nawet nie zwracając głowy w
stronę psioniczki. — Nie. Ktoś tu jest. Myślę, że przybyli z Commoragh.
Zaczekajmy.
Dałem znak,
byśmy położyli się w trawie. Obserwowaliśmy i czekaliśmy.
Wytężyłem wzrok
i przyjrzałem się im. Jednen z heretyków, dość cherlawo zbudowany mężczyzna
klęczał na ziemi, otoczony zwojami, próbując je odczytać. Czwórka pozostałych
stała na warcie. To, że żaden nie zauważył nas, gdy staliśmy na wzgórzu musiało
być zasługą albo Iserith, albo Elsy — tylko gdyby któraś z nich wpłynęła na ich
postrzeganie, moglibyśmy pozostać niezauważeni.
Długą chwilę nic
się nie działo i zupełnie nie rozumiałem, na co czekamy. Nie była
to tylko moja
wątpliwość, bo Jormundus zadał w końcu dręczące mnie pytanie.
— Na co
czekamy? Nikogo tu nie ma.
— Coś porusza
się w Osnowie — powiedziała Eldarka. Nie widziałem jej twarzy,
ale po tonie
głosu doszedłem do tego, że ją to martwiło.
— Powinno nas
to niepokoić? — zapytałem.
— To alruune — powiedziała. — Nie wiem, co
to znaczy w waszym języku. Nikt inny, poza Arlekinami, nie potrafi przemieszać
się w Osnowie. Tylko ona. Tak, Lordzie Inkwizytorze, powinno was to niepokoić.
— Alruune?
— To znaczy
„mandragora” — powiedział Jormundus. Wiedziałem, że będzie wiedział.
Iserith
przyłożyła palec do ust swojej demonicznej maski i wskazała na heretyków. Długo
nie wiedziałem o co jej idzie i dopiero po chwili zobaczyłem coś dziwnego, co
wyłoniło się z cienia rzucanego przez drzewa.
Istota była
wysoka i smukła, blada i ciemnowłosa i bardzo przypominała posturą Iserith.
Poruszała się z podobnym jej wdziękiem, choć przygarbiona i jakby zbolała.
Niemniej jednak ich ruchy były ciche i wdzięczne. Żaden z heretyków go nie
dostrzegł.
Po chwili z
cienia wyłoniły się jeszcze dwie takie postacie. Zakrzywione, krótkie ostrza
błysnęły w ich dłoniach. Wyrysowane na przeraźliwie bladej skórze runy
zapłonęły jakimś ohydnym, nieczystym blaskiem.
— Na Złoty
Tron… — wyszeptała Elsy.
— Co to jest? —
zapytałem cicho. — To są Eldarzy?
Iserith
pokręciła głową.
Nikt z nas tak naprawdę
nie wie, czym oni są — powiedziała powoli i cicho. — Mroczni Eldarzy też nie
wiedzą. Te istoty przerażają nawet ich.
— A jednak są
im posłuszne.
— Tak —
zgodziła się. Milczała chwilę, a potem dodała: — Mówi się, że to opętani przez demony Osnowy
Eldarzy. Ale jeszcze inni mówią, że nasi przodkowie, jeszcze przed
Upadkiem,
niektórzy z tych, co zamieszkiwali Pajęczy Trakt, spółkowali z demonami, a alruune są owocami tych związków.
Powiedziała to
z takim spokojem, że od tego tylko zrobiło mi się niedobrze. Nie było dla mnie
tajemnicą jakich obrzydliwości i zbrodni dopuścili się Eldarzy, że ich Imperim
upadło, że ich echo powołało w Osnowie do życia Slaanesha, ale mówienie o tym z
takim spokojem po prostu mnie przerażało.
Mogła
zachowywać się przyzwoicie, mogła walczyć z nami ramię w ramię, ale gdzieś tam
w środku pozostawała taką samą bestią jak oni wszyscy.
Wartownicy nie
dostrzegli tych dziwnych, jakby zrobionych z cienia istot.
Musiałem
przyznać, że ja też raz po raz traciłem je z oczu, choć nie wiedziałem, jak to
możliwe na właściwie otwartej przestrzeni. Chowały się w cieniach, które
rzucali heretycy. Zakradli się po cichu, niepostrzeżenie.
A potem zaczęła
się rzeź.
Zakrzywiony nóż
jednej z tych istot wbił się w kręgosłup heretyczki, aż ostrze wyszło jej
brzuchem. Otwarła usta do krzyku, ale nie wyrwał się z nich żaden dźwięk.
Utkane z cienia stworzenie szarpnęło, a ostrze rozpruło ciało kobiety po samą
szyję. Padła na ziemię, a część jej wnętrzności wylała się na piasek.
W tym czasie
pozostałe dwa stwory zaszlachtowały wszystkich wartowników, nie szczędząc sobie
ani odrobinę. Jeden z mężczyzn, który zauważył przemykającego w cieniu potwora,
zdążył nawet dobyć broni. Stracił najpierw obie stopy, a potem dłoń. Kilkoma
wprawnymi ruchami żywcem wycięto mu serce i wątrobę, a potem wetknięto mu ją do
gardła.
Przywódca
heretyków, do tej pory zajęty czytaniem zwojów, nie zauważył co się dzieje. Nie
dziwiło mnie to — wszystko w całej swojej makabryczności odbyło się tak szybko
i cicho, że sam, gdybym nie oglądał tego uważnie wiedząc, co nadchodzi, na
pewno nie zwróciłbym uwagi.
Otoczyły go z
trzech stron. Zauważył je wreszcie — albo raczej pozwoliły mu się zauważyć.
Podniósł głowę i zawył, sam nie wiedziałem, czy z przerażenia, czy też miał to
być okrzyk bojowy. Przez moment myślałem, że przez chwilę zdoła się bronić, ale
bardzo się pomyliłem.
— O kurwa —
wydusiła z siebie Elsy.
To samo miałem
na końcu języka.
Potwory rzuciły
się na niego bez broni i rozszarpały go na strzępy. Pazurami odrywały jego
mięso od kości, a heretyk wrzeszczał, wrzeszczał tak potwornie i nieludzko, że
przez krótką chwilę, mimo tego, kim był, zdobiło mi się go żal.
Widziałem gołe kości,
a on wciąż krzyczał. Część mięsa potwory pożerały, a część rzucały za siebie.
Szarpały go i kłuły, ale tak, by jak najdłużej przeżył.
Kiedy jeden z
potworów rzucił się na niego i powoli, skrupulatnie i pracowicie zaczął
wydłubywać mu oczy, musiałem odwrócić wzrok. Elsy była na twarzy zielona, a
Jormundus bardzo zbladł. Iserith natomiast patrzyła wprost na nich i ani
drgnęła. Zastanawiałem się przez chwilę, czy może jest w niej coś z jej
perwersyjnych kuzynów z Commoragh, ale szybko odepchnąłem od siebie tę myśl.
Nawet jeśli, to byłem zdrowszy, jeśli o tym nie wiedziałem.
Wreszcie, choć
trwało to nieskończenie długo, heretyk umarł. Jego głos urwał się, a ja byłem
tak otępiały tym, co ujrzałem, że zajęło mi długą chwilę zarejestrowanie tego
faktu.
Równie długo
docierało do mnie, że Iserith się podniosła. Patrzyła na te stwory, które
teraz, gdy poucztowały sobie już na ciele heretyka, zabrały się za czytanie
zwojów.
Popatrzyła na
nas i powiedziała cicho:
— Nie
zbliżajcie się. Tylko pistolet laserowy. — Zamyśliła się na chwilę. — Ktoś z
was naprawdę dobrze strzela? Naprawdę celnie?
— Ja —
powiedziałem.
Zawsze miałem
oko i rzadko chybiałem. Oczywiście wiedziałem, że trafić Eldara to o wiele
większe wyzwanie niż człowieka, ale wierzyłem w swoje umiejętności.
Iserith skinęła
głową i uniosła rękę, na której nosiła metalową bransoletę, do której przytwierdzone
było coś, co przypominało lufę. Nie miała tego przy pierwszym spotkaniu, ale
wiele spraw pozostawało dla mnie tajemnicą. Odpięła ją zgrabnym ruchem i podała
mi.
— To Pocałunek
Arlekina — rzekła krótko. — Traf. Tylko nie we mnie.
Wahałem się
przez chwilę, ale przyjąłem od niej tę dziwną broń. Iserith dobyła
wąskiego,
upiorytowego miecza i zniknęła. Zapiąłem sobie obręcz na nadgarstku i
wycelowałem. Ze strzałem czekałem jednak, aż Eldarka wyłoni się z osnowy, by
jej przypadkiem nie trafić. Elsy i Jormundus również wycelowali.
Wyłoniła się z
nicości tuż za plecami jednej z tych istot i przebiła ją na wylot tak szybko,
że nawet nie widziałem ostrza. Bestia zawyła, a nim zdążyła się zsunąć z ostrza
Iserith, dwie pozostałe już na nią zaszarżowały.
Moment, gdy się
z nimi ścięła był tym, w którym zrozumiałem, że wszyscy zginęlibyśmy na
miejscu, gdybyśmy tam zeszli. Wirowała z nimi w szaleńczym tańcu, jej
holokostium migotał i oślepiał tak nas, jak i tamte stwory. Upiorytowe ostrze
cięło powietrze, ale nie trafiło w żadną z bestii, tak jakby naprawdę były
zrobione z cienia. Pojąłem, że trafienie w nich, a nie trafienie w Iserith
graniczyło z cudem. Wahałem się, bo ostrzegła mnie, bym w nią nie trafił.
Ostrzegła mnie, a nie Jormndusa czy Elsy, pojąłem więc, że ta broń może
wyrządzić większe szkody niż laserowa wiązka.
Zastanawiałem
się, co ona mi właściwie dała do ręki, ale Jormundus rozwiał moje wątpliwości.
— Nie traf w
nią, bo rozpuści jej wnętrzności.
Popatrzyłem na
broń z odrazą, jakbym trzymał w ręku obrzydliwego robaka. Uniosłem rękę, ale
tak mi się trzęsła, że nie miałem odwagi strzelić. Oni też się wahali. Wraz z
pierwszym strzałem bestie nas zauważą. Jeśli którakolwiek tu podejdzie, to
byliśmy załatwieni. Iserith raz po raz znikała w Osnowie, żeby w ułamek sekundy
później wyłonić się za plecami stwora. One jednak posiadły tę samą zdolność i
tym sposobem widzieliśmy tylko znikające i wyłaniające się znikąd sylwetki,
wirujące w śmiertelnym tańcu.
Wreszcie
Iserith trafiła jedną z bestii. Odrąbała jej łapę, a stwór zawył, aż ciarki przeszły
mi po plecach. Trysnęła krew i zachlapała białą maskę Eldarki. Ta już odwróciła
się, by ciąć zachodzącego ją od tyłu potwora, a my wszyscy, cała trójka,
pojęliśmy, że nasz czas przyszedł teraz, gdy bestia była ranna i powolna.
Wypaliliśmy
wszyscy troje właściwie w tym samym momencie. I wszystkie pociski dosięgły
bestii. Laserowe smugi przeszyły smukłe, wiotkie ciało na wylot, a z Pocałunku
Arlekina wystrzeliła cieniutka żyłka, która na chwilę tylko dosięgła ciała
stwora, zanurzyła się w nim, a potem zwinęła się i wróciła na miejsce. To, co
stało się ze stworem sprawiło, że żołądek skręcił mi się w mdłościach.
Gołym okiem
nawet z tej odległości widziałem, jak w jego ciele, tuż pod skórą, coś się
przelewa. Potem bezkształtna, cuchnąca breja wylała się z niego przez każdy
chyba otwór ciała. W chwilę potem skóra obwisła na nim, jakby na samych
kościach i bezgłośnie padł na ziemię.
Trzecia bestia,
raniona przez Iserith i skomląca z bólu, rozpłynęła się w powietrzu, a od
strony Eldarki dobiegł mnie potok dziwnych, śpiewnych słów, wypowiedzianych tak
rozeźlonym tonem, że dziwiłem się, że z tej złości Eldarka niczego jeszcze nie
puściła z dymem.
Zrozumiałem, że
potwór nie wróci. Wstaliśmy więc i podążyliśmy ku Iserith, a ona wciąż,
mamrocząc pod nosem śpiewne, eldarskie przekleństwa pochyliła się nad
pozostawionymi tu zwojami.
— Przeczytał je
— powiedziała, gdy się zbliżyliśmy.
Nie patrzyłem
na rozrzucone po ziemi, zmasakrowane zwłoki, natomiast z zaciekawieniem
spojrzałem na ciała tych bestii. Wyglądały podobnie do eldarów, może tylko rysy
ich twarzy były ostrzejsze i bardziej podłużne. Dostrzegłem jednak u jednego
ostre zęby i od razu zrozumiałem, że to nie są zwykli Eldarzy.
— Nie możesz go
gonić? — zapytała Elsy. — Widzę, że tak ty jak i oni wesoło
sobie skaczecie
po Osnowie.
— Nie mogę —
powiedziała twardo Iserith. — Uciekł do Commoragh. Nie pójdę tam.
Było w jej
głosie coś, co kazało mi sądzić, że sama myśl o pójściu w tamto miejsce budzi w
niej przeraźliwy strach. Nie miałem pojęcia, czy chodzi jej o tę istotę, o
której wspominała, czy też o coś zupełnie innego, o czym zapewne nigdy się nie
dowiem.
— Już wiedzą —
powiedziała jeszcze cicho. Wyraźnie liczyła, że do tego nie dojdzie. Teraz
jednak nie mogliśmy już nic zrobić.
— Więc nie
marnujmy więcej czasu — powiedział ugodowo Jormundus. — Przeczytajmy to. To
znaczy ty to przeczytaj.
Eldarka uznała
tę propozycję za rozsądną, bo bez słowa kucnęła i poczęła przerzucać papiery.
Księgi, choć wyraźnie stare, trzymały się nad wyraz dobrze. Iserith przerzucała
kartkę za kartką i choć nie widziałem jej twarzy, to dostrzegałem w jej ruchach
coraz to większą nerwowość. Wyobrażałem sobie, jak marszczy brwi i zaciska
usta.
— Co jest? —
zapytałem.
Nie
odpowiedziała mi. Popatrzyliśmy na siebie z Elsy, a ona wzruszyła ramionami.
Wreszcie Iserith zatrzasnęła księgi i zostawiła je tam, skąd je wzięła.
Odsunęła się o parę kroków, nam nakazując to samo. Jormundus pierwszy pojął, co
zamierzała uczynić i z wyrazem przerażenia na twarzy zawołał:
— Nie!
Iserith w tym
samym momencie uniosła rękę. Zrobiło się chłodno, powietrze zadrżało. A potem
księgi buchnęły ogniem.
— Czemuś to
zrobiła?! — skomlał Jormundus.
Patrzyłem na
płonący papier i zastanawiałem się, jakie tajemnice musiał skrywać, że po tym
jaką walkę stoczyła po to, by je odzyskać, bez wahania postanowiła je spalić.
Patrzyła niewzruszona jak kawałek dziedzictwa jej przodków płonie. Jormundus
łapał się za głowę i wydawał się załamany.
— Co tam było,
Iserith? — zapytałem ją. To było dla nas w tej chwili ważne. Nie sentymenty.
— Wiele
okropieństw — powiedziała powoli. — Rzeczy, o których nikt nigdy nie powinien
się dowiedzieć. O obrzydliwej magii i ohydnych praktykach naszych
przodków. — A na temat?
— Niewiele —
powiedziała. — Jeden z tekstów mówił o broni — mówiła powoli.
— Bardzo
potężnej i z całą pewnością magicznej. O to im szło. O lokalizację mapy do
niej. Była w księdze.
— Gdzie,
Iserith? — zapytałem ją. — Powiedz tylko gdzie i natychmiast tam lecimy.
— Nie zdążymy —
powiedziała. — To na Dhaliusie, w Segmentum Obscurus. W
nieprzyjemnie
bliskiej okolicy Oka Terroru —
powiedziała.
— Demoniczny
świat? — zapytałem ostrożnie.
Imperatorze, oby
nie. Wszystko było lepsze od demonicznego świata, nawet Commoragh.
Iserith, ku
mojej uldze, pokręciła głową.
— Nie, ale
niewykluczone, że jakiegoś demona tam spotkamy — powiedziała.
Popatrzyła na
nas. — Nie zdążymy tam dolecieć — powtórzyła. — Oni pójdą tam przez Trakt.
— Więc my też
pójdźmy przez Osnowę — powiedziałem jej. Jormundus i Elsy popatrzyli na mnie ze
zdziwieniem. Ona już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale pokręciłem głową. —
Nie, Elsy, ty nigdzie nie pójdziesz. Jeśli tam mogą być demony, to nie
pójdziesz. Nie będziemy cię narażać.
— Umiem nad
sobą panować! — fuknęła.
— To jest
akurat ostatnia rzecz, jaką bym o tobie powiedział, dziecinko — wtrącił
Jormundus. Elsy naburmuszyła się jeszcze bardziej, ale nie podejmowała dyskusji
widząc, że ma przeciwników w nas wszystkich. Iserith wprawdzie się nie
wypowiedziała, ale jakoś nie miałem wątpliwości co do jej zdania na ten temat.
— Zabierz mnie
tam — powiedziałem do Eldarki.
Wlepiła we mnie
swoje jarzące się ślepia i długą chwilę milczała. Patrzyłem w jej jasne,
szarozielone oczy i czekałem, z zaciętością tak na twarzy, jak i w duchu. To
była jedyna droga. Nie byłem gotów pójść i spotkać się z demonami, ale nie było
wyjścia.
— Tylko ciebie
— powiedziała wreszcie. — Wybacz, Jormundusie, ale łatwiej mi będzie chronić
jednego niż dwójkę.
Skinął głową,
choć wyraźnie nie był zadowolony.
— Co nas tam
spotka? — zapytałem ją. Chciałem oddać jej Pocałunek Arlekina, ale bałem się,
że zobaczy, jak drżą mi ręce, więc wciąż go trzymałem.
— Nie wiem.
Nie pocieszyło
mnie to w żaden sposób, a przeciwnie: sprawiło, że miałem ochotę histerycznie
się roześmiać.
— Jesteś gotów,
Inkwizytorze? — zapytała mnie. — Nie mamy czasu.
Nie, nie byłem
gotów. Byłem od tego tak bardzo daleki, jak tylko daleki mogłem być. Bałem się,
bo nigdy nie spotkałem demona. Gdybym chciał się nimi zajmować, to byłbym
inkwizytorem Ordo Malleus, nie Xenos. Kosmici, w całym swoim braku
człowieczeństwa, byli o wiele mniej przerażający od nich.
— Jestem gotów
— powiedziałem.
Nie byłem.
Imperatorze, jak bardzo nie byłem!
Wyciągnęła do
mnie chudą, odzianą w czarną rękawiczkę dłoń i czekała. Popatrzyłem na Elsy i
Jormundusa. Widziałem na ich twarzach, co o tym sądzą. Elsy drżał podbródek.
Rozczuliła mnie ta myśl, choć wiedziałem, że nie uroni ani łzy; prędzej
wydrapałaby sobie oczy.
— Wrócę —
powiedziałem krótko. — Lećcie na Dhaliusa i czekajcie na orbicie.
Spotkamy się na
statku. Niedługo.
Eldarka ani
drgnęła i wciąż czekała z wyciągniętą
dłonią. Ująłem ją z pewnym wahaniem, niepewny co mnie czeka.
— Nie puszczaj
mnie — ostrzegła. Zacisnąłem palce na jej nadgarstku, a ona na moim.
Popatrzyłem w
jej jasne, lśniące oczy i dostrzegłem w nich jakiś dziwny błysk. W następnej
chwili Elsy, Jormundus i ciała heretyków zniknęły. Przez chwilę, króciutką
chwilę czułem, jakbym zapadał się w ciemną, bezdenną, lodowatą otchłań, ale już
po chwili poczułem pod nogami twardą ziemię i oślepiło mnie czerwone słońce
Dhaliusa.
*
Iserith
powiedziała, że Dhalius nie był demonicznym światem, ale to, co ujrzałem, gdy
znaleźliśmy się na jego powierzchni mówiło zgoła co innego. Oświetlało go
czerwone słońce; wszystko wokół wydawało się mroczne i tajemnicze, a ja, choć
nie miałem w sobie ani krzty psionicznych zdolności, całym sobą czułem wpływ
Chaosu.
Popatrzyłem na
nią, coraz bardziej zdenerwowany.
— Mówiłaś, że
to nie jest demoniczny świat! — syknąłem.
— Bo nigdy nim
nie był.
— Zatem masz
przestarzałe informacje! — warknąłem w jej stronę. Wyciągnąłem
do niej rękę z Pocałunkiem. — Zabieraj to.
— Lepiej to
zatrzymaj — powiedziała wymijająco. — Na razie.
Nie chciałem
tego eldarskiego złomu, ale po chwili wahania uznałem, że może to i dobry
pomysł. Ciekaw byłem, czy podobnie jak zmienił w papkę wnętrzności Mrocznego
Eldara, to samo uczyniłby z demonem.
— Oczywiście —
powiedziała Iserith. — Inaczej to byłoby całkiem bezużyteczne, nie uważasz,
Lordzie Inkwizytorze?
Nie musiałem
widzieć własnej twarzy, by wiedzieć jak okropnie poczerwieniałem ze złości. Popatrzyłem na nią, niewzruszoną,
i całym sobą zapragnąłem zacisnąć ręce na jej chudej szyi i po prostu ją
udusić. Zorientowałem się, że odkąd tu przybyliśmy wciąż nie puściłem jej
nadgarstka. Odtrąciłem jej rękę ze wstrętem.
— Przestań to
robić, wiedźmo! — wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
— Nie mogę mieć
pewności, że kiedy się odwrócę, nie strzelisz mi w plecy — powiedziała. Jej głos był zniekształcony
przez maskę, ale nie miałem wątpliwości, że pogardliwie prychnęła.
— Przysięgam,
że strzelę, jeśli nie przestaniesz — ostrzegłem ją.
Milczała długą
chwilę, a potem powoli, jakby ostrożnie, skinęła głową.
— Dobrze.
I ruszyła przed
siebie, zostawiając mnie za sobą. Nie mając wyboru, pognałem za nią, wiedząc dobrze, że bez niej i jeden
demon będzie dla mnie śmiertelnym zagrożeniem.
Ten świat był
ponury i zaczynał niszczeć. Nie było tu jeszcze wyraźnych oznak obecności Chaosu, takich jak plugawe,
bluźniercze runy, mutujące zwierzęta i rośliny, ale cały czas czułem czyjąś
obecność. Kroczyłem tuż za Eldarką, łudząc się, że jej magia i te chore
zdolności pozwolą jej odegnać demony.
— Wiesz gdzie
iść? — zapytałem ją.
Skinęła
głową.
— Skąd?
— Z ksiąg.
Zagryzłem zęby,
by ukryć narastającą irytację.
— To znaczy? —
zapytałem niecierpliwie.
— To znaczy, że
tam było napisane, gdzie iść.
Zrozumiałem, że
nie jestem w stanie wyciągnąć z niej rozsądnej odpowiedzi. Miała ogromnie
irytujący zwyczaj odpowiadania na każde moje pytanie krótko i tak zdawkowo, jak
tylko było to możliwe. Doprowadzała mnie do szału. — Daleko?
— Dziś tam nie
dotrzemy.
— A czemu nie
przeniesiesz nas bliżej? — zapytałem.
— Nie mogę —
powiedziała. — Jest tam bardzo potężne źródło energii i ono mi na to nie
pozwala.
— Świetnie —
zakpiłem. — Ciekaw zatem jestem, jak uciekniemy, jeśli okaże się, że czekają
tam na nas…
Gwałtownie i
bez ostrzeżenia przystanęła, a ja o mało na nią nie wpadłem. Odwróciła się w
moją stronę i skierowała na mnie swoje jasnozielone oczy.
— Wydaje mi
się, że to rodzaj bariery — powiedziała powoli. — Odcina wszystko, co jest na
zewnątrz od tego, co w środku. Ale nie na odwrót. Rozumiesz? Nie możemy się tam
przenieść, ale myślę, że ucieczka stamtąd nie powinna być kłopotem.
— Tak myślisz?
— Tak myślę.
Nie zrozumiała
albo zignorowała moją aluzję, że jej domysły to chyba trochę za mało. W milczeniu podążyliśmy przed siebie.
Czerwone słońce
rzucało potworne cienie. Miałem wrażenie, że ten świat cały zalany jest krwią.
A może tak było? Czy miał jakichś mieszkańców, nim Chaos wyciągnął po niego
ręce?
— Myślisz, że
ktoś tu mieszka? — zapytałem. Byłem wprawdzie na nią bardzo zły, ale nie mogłem
znieść ciszy, kiedy lękałem się, że w każdej chwili mogę usłyszeć za plecami
wycie demona. Choć nigdy bym nie powiedział tego na głos, bałem się.
— Już nie —
odpowiedziała cicho. — Teraz są tu już tylko zmienione Chaosem stwory. Czuję je
— powiedziała. Wysoko uniosłem brwi, choć nie zdziwiło mnie to, gdybym miał być
szczery. Skoro cały czas nurzała się w Osnowie, dość oczywistym było, że
najpewniej mogła wyczuć stworzenia z nią związane. — Ale nie martw się, nie
zbliżą się do nas.
— A skąd ta
pewność?
— Nie mam
duszy, pamiętasz? — zapytała. — One się boją takich, jak ja. Przynajmniej te
mniejsze.
Dreszcz
przebiegł mi po plecach, gdy to powiedziała. Nigdy nie myślałem o Nietkniętych,
ani tym bardziej o Soliterach, w pewien sposób do nich podobnych, jak o
straszakach na demony, ale oczywiście wszystko co powiedziała było prawdą i
zgadzało się z tym, czego mnie uczono. Ale, Imperatorze, co to znaczyło, odstraszać
demony? Jak potworną abominacją trzeba było być, by lękały się nawet one?
Patrzyłem na
nią z ukosa i zastanawiałem się, co jeszcze ma w zanadrzu, bo oczywistym dla
mnie było, że nie pokazała jeszcze wszystkich kart.
— Sądzisz, że
ktoś z nich już na nas czeka? — zapytałem.
— Oczywiście —
powiedziała spokojnie. — Ale i oni mają do przejścia tę samą drogę. Jeśli będą
przed nami, to niedużo.
— Niedużo to
chyba i tak zbyt wiele.
— Nie. To nie
przeszkadza.
Otworzyłem
usta, by zażądać wyjaśnień, ale zaraz je zamknąłem, wiedząc dobrze, że znowu
zaszczyci mnie co najwyżej krótką, lakoniczną odpowiedzią, jak gdybym był
idiotą.
Nagle coś
zawyło w oddali, a potem rozległ się wrzask. Rozejrzałem się, ale nigdzie nie
widziałem niczego, co mogłoby być tego źródłem.
Iserith
zatrzymała się. Rozejrzała się dookoła, a po chwili odwróciła się w moją
stronę.
— Idź sam.
— Co takiego?!
— Kawałek —
powiedziała. — Niczego tu nie ma, sprawdziłam. Ja zniknę na chwilę i zobaczę,
co to.
— Cokolwiek to
było, mamy sprawy do załatwienia — powiedziałem twardo. Potem mój głos nieco
zmiękł, ale wciąż pozostawał stanowczy. — Coś natychmiast mnie znajdzie, jeśli
mnie zostawisz. Nie chcę umrzeć w taki durny sposób!
— Znajdę cię,
zanim cokolwiek cię dopadnie.
— Nie, zacze… Kurwa!
Wyciągnąłem po
nią ręce, ale ona rozpłynęła się w powietrzu, nie pozwalając mi
dokończyć.
Cholerna, zawszona, eldarska…
Przystanąłem i
poczekałem, aż nieco się uspokoję. Każda sekunda, w której byłem
tu sam,
stanowiła śmiertelne ryzyko. Wiedziałem o tym aż nazbyt dobrze. Popatrzyłem na Pocałunek Arlekina, który
wciąż trzymałem w ręku i, chcąc nie chcąc, zapiąłem go na swoim nadgarstku.
Niebo było
czerwone, zasnute czarnymi chmurami. Przez chwilę patrzyłem na nie i doszedłem
do wniosku, że to nie chmury, a popiół. W oddali, w górskim paśmie, dostrzegłem
wulkan, z którego unosił się czarny obłok.
Ruszyłem przed
siebie, choć wiedziałem, że to chory pomysł. Jak mogła mnie
zostawić?
Zaufałem jej, do cholery, przychodząc tutaj. Mogłem się spodziewać, że
przeklętym obcym nie wolno ufać. Powinienem być mądrzejszy. Była przecież
Eldarką, a ja tylko brudnym mon-keigh, niczym nie różniącym się dla niej od
zwierzęcia. Powinienem był się tego spodziewać.
Rozglądałem się
na boki, spodziewając się ataku w każdej chwili. Na ogół nie byłem takim tchórzem, jednak byłem z Ordo
Xenos i niewiele miałem do czynienia z Chaosem. Sama myśl o nim i jego tworach
wywoływała u mnie dreszcze.
Przystanąłem.
Coś za mną
szło. Słyszałem to. Słyszałem trzask gałęzi, słyszałem, jak suche liście
uginały się pod czyimś ciężarem. Rozejrzałem się dookoła, ale nie dostrzegłem
niczego. Serce pochodziło mi do gardła, ale szedłem dalej. Miałem nadzieję, że
ta cholerna wiedźma naprawdę zdoła tu wrócić. O ile to, co wtedy tak wyło, nie zdążyło
jej już rozszarpać.
Znów usłyszałem
coś za plecami. Odwróciłem się i cała krew odpłynęła mi z twarzy, gdy dotarło
do mnie, że mój żywot właśnie dobiegł końca.
Demonetka nie
była aż tak piekielnie odrażającą kreaturą, jakiej mógłbym się spodziewać. Przynajmniej w kwestii aparycji.
Była kobietą — smukłą i ponętną, o fiołkowej skórze, nogach jakby końskich,
choć pokrytych mieniącą się tysiącem barw łuską i podobnym ogonie, wijącym się
miękko i z wdziękiem, hipnotycznie wręcz, w rytm jej kroków. Smukłe palce u
jednej ręki zakończone miała długimi na kilka centymetrów, czarnymi jak noc
szponami, u drugiej natomiast potworną, czarną, przypominającą szczypce kraba
bronią.
Włosów nie
miała wcale, tylko piękne rogi, zakręcone niby baranie, pokryte żłobieniami
układającymi się w skomplikowane wzory. Nagie piersi kołysały się wdzięcznie w
rytm jej kroków. Zwisająca ze zdobionego, złotego paska na jej biodrach fałda
materiału przysłaniała jej łono.
Wiedziałem,
wiedziałem, że to jej demoniczna aura, że to właśnie demonetki robiły ze swoimi
ofiarami, ale nie mogłem powstrzymać wszechogarniającego pragnienia. Chciałem
ją mieć. Wiedziałem jednak, że mi nie wolno. Że to bluźnierczy, wszeteczny
wpływ Chaosu tak na mnie działał. Musiałem więc znaleźć siły, by się temu
przeciwstawić.
Stanąłem więc
do walki, ale wypadło to żałośnie – nie zdążyłem nawet dobrze złapać broni, a
ona pokonała mnie, raniąc dotkliwie pazurami. Brak porządnego pancerza
przesądził o wyniku tej krótkiej i żenującej potyczki. Poniechałem walki —
wiedziałem, że mogę jedynie zginąć. A tak, jeśli poddam jej się… To możliwe,
bardzo możliwe, że wyjdę z tego cało. Zresztą, co mogło być nieprzyjemnego w
tym, co demonetka chciała mi uczynić?
Owszem, było to
obrzydliwe, zważywszy na to, że demonetki są stworzeniami zupełnie i
nieodwracalnie splugawionymi przez Chaos, ale ostatecznie czego nie robi się w
imię Imperatora? Martwy nie będę mu dobrze służył, a to… Było to poświęcenie,
na które byłem gotów, szczególnie opętany tym dzikim pragnieniem, w którym
powoli zatracałem się bez reszty. Nie byłem wtedy sobą, ale nie zostało mi dość
rozumu, bym mógł sobie to naprawdę uświadomić.
Moment, w
którym zrozumiałem, że demonetka wcale nie jest kobietą tam, gdzie powinna nią
być najbardziej, był jednocześnie chyba momentem największej paniki, jakiej
dane mi było kiedykolwiek w życiu doświadczyć.
Zacząłem się
cofać, czołgając się, ale nie uciekłem daleko. Dogoniła mnie i przydepnęła
ciężkim, zaopatrzonym w pazury kopytem. Szpony przebiły mi skórę na plecach, z łatwością
przebijając się przez cienkie płyty pancerza, a ja nie mogłem powstrzymać jęku.
Czułem jej kończyny, oplatające moje ciało. Bałem się, ba, byłem przerażony,
przerażony tak bardzo, jak nigdy w życiu. Serce tłukło mi w piersi tak mocno,
że byłem pewien, że za chwilę stanie.
Nagle
usłyszałem świst, coś ściągnęło ze mnie demonetkę, a ja poczułem tak niewypowiedzianą
ulgę, że doprawdy z trudem powstrzymałem szloch. To była Iserith, któż by inny
przecież, żadne z nas nie mogłoby stawić czoła demonom osnowy równie skutecznie
i z równie zaciętą, zimną nienawiścią, co ona. Iserith wirowała w dzikim tańcu,
tnąc i siekąc, jednocześnie zgrabnie i szybciej, niż dla każdego człowieka
byłoby to w ogóle możliwe, umykała przed ciosami demonetki w pięknym, iście
akrobatycznym pokazie walki. Nie sądziłem, że ludzkie ciało jest w ogóle zdolne
do wykonywania takich ruchów. Wyglądała, jakby nie dotyczyła jej grawitacja.
Ale czy tak właśnie nie było? Ten jej pas, uczono mnie tego, właśnie od tego
był — to urządzenie, które mogło manipulować polem grawitacyjnym wokół niej.
Dopiero po
chwili dotarło do mnie, że przecież ona nie jest człowiekiem. Nie pokonałbym
jej w walce, ani jednej, ani drugiej zresztą, choćbym był gotów wypruć sobie
flaki. To było coś, co przekraczało moje fizyczne, podobnie zresztą jak
psioniczne możliwości. Tylko podstępem byłbym w stanie jakkolwiek sobie
poradzić.
— Iserith,
druga, za tobą! — zawołałem.
Kolejna
demonetka zmierzała w jej stronę i syknęła głośno, gdy ją ostrzegłem. Uniosłem
rękę i wycelowałem w nią lufę Pocałunku. Wystrzeliłem, ale demon z wdziękiem
podobnym temu, któremu odznaczała się Iserith, uchylił się przed żyłką.
Zakląłem.
Iserith znikała
i pojawiała się, wirowała między nimi obiema, wściekle tnąc i siekąc, ale żaden
jej cios nie okazał się jeszcze skuteczny. Niemniej jednak, umykała przed
pazurami demonów szybciej, niż moje oko mogło to zarejestrować. I wtedy, kiedy
już myślałem, że ta przeklęta eldarka jest niepokonana, stało się wreszcie coś,
co sprawiło mi jednocześnie i ból, i satysfakcję. Jedna demonetka cięła ją
mocno i głęboko, Iserith nie zdążyła uskoczyć, holokostium został rozdarty na
boku, a z rany trysnęła krew. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, kiedy upadła
i przycisnęła lewą dłoń do rany. Kucała na jedno kolano i wbijała w demonetkę
złowrogie, zimne i nienawistne spojrzenie, ziejące groźnie przez otwory w jej szkaradnej,
democznej masce.
Stwór okrążał
ją i wyraźnie szykował się do ataku. Drugi też szykował się do skoku. Nagle
zrobiło się przeraźliwie zimno, aż zatrząsłem się, mimo odniesionych ran. Oczy
Iserith błyszczały tym nieludzkim, fosforyzującym blaskiem, a demonetka wydała
z siebie ciche, złowrogie, ale jakby i przestraszone warknięcie. Potem zrobiło
się jeszcze zimniej, a demon nagle zawył.
Choć na moim
pancerzu pojawił się szron, a z ust leciała mi para, nagle poczułem przeraźliwe
gorąco, jakbym znalazł się tuż nad kraterem wulkanu, który wcześniej
dostrzegłem.
Powietrze
przecięło najpierw wycie, a potem buchnął ogień.
Iserith stała
między mną a demonami. Ręce trzymała lekko odchylone na boki i
ciężko
oddychała. Głowę miała pochyloną i widziałem, z jakim trudem stała.
Najpierw
zapłonęły jej dłonie. Z moich ust niemal wyrwał się ostrzegawczy wrzask,
kiedy ujrzałem
jak zaczynają się żarzyć. Zamknąłem je, gdy zrozumiałem, że doskonale o tym
wiedziała.
Demonetki
zaczynały płonąć. Wyły i miotały się, ale tylko podsycały tym płomienie.
Płonęły żywcem, wyjąc i prychając, a Iserith nie ustawała, cokolwiek czyniła.
Czułem od niej
potworną, straszliwą temperaturę, ale nie mogłem odejść. Patrzyłem na ten pokaz
magii oniemiały. Eldarka samym wzrokiem zmuszała demony, by stały w miejscu.
Wyciągała do
nich płonące dłonie. I one demony płonęły, zwolna, żywcem zmieniając się w
popiół, rozwiewany przez wiatr.
Uniosła do góry
dłoń i zbliżyła ją do ust. Dmuchnęła i buchnął jasny, gorący płomień, który
całkiem pochłonął demony. Przez chwilę jeszcze słyszałem ich przeraźliwe wycie,
ale wreszcie ucichły.
Iserith nawet
nie drgnęła; nie wymagało to od niej żadnego wysiłku.
Temperatura z
wolna zaczęła spadać, a mnie zrobiło się zimno ze strachu. Nie spodziewałem się
takiej mocy. Nie kosztowało jej to żadnego wysiłku. Absolutnie żadnego.
Psioników takich, jak ona, najczęściej się likwidowało. Kiedy już się na
takiego trafiło, bo rodziło się takich naprawdę bardzo, bardzo niewielu. I całe
szczęście, bo najczęściej nie mogli trwać przy zdrowych zmysłach.
Eldarka
popatrzyła na mnie i poczułem lodowaty skurcz przerażenia, ściskający moje
wnętrzności. Ale ona tylko chwiejnym nieco krokiem podeszła do mnie, wyciągając
do mnie smukłą dłoń o długich, szczupłych palcach. Wahałem się chwilę, ale
ostatecznie przyjąłem jej pomoc. Jak na kobietę, szczególnie taką szczupłą i
wiotką, miała bardzo dużo siły.
— Nie musisz
się mnie bać — rzekła tym swoim spokojnym, pozbawionym emocji tonem. — Nie
uczynię ci krzywdy.
Kiedy zrozumiałem,
że największe niebezpieczeństwo minęło, i że ona rzeczywiście wcale nie chce
mnie zamordować, poczułem się urażony samą sugestią, że mógłbym się jej bać.
— Jak wiele
jeszcze potrafisz? — zapytałem ją zamiast tego, gdy już stanąłem na nogi.
Milczała przez
chwilę, i choć nie widziałem jej twarzy, odniosłem wrażenie, że uśmiecha się w
smutny, gorzki sposób. — Zbyt wiele.
To powiedziało
mi więcej, niż potrzebowałem.
Eldarzy byli po
stokroć lepszymi i potężniejszymi psionikami od ludzi. Podczas kiedy psionik
klasy delta, który wcale nie jest znów taki potężny podług psioników innych
klas, potrafi czytać myśli ludzi w całej industrialnej metropolii jednocześnie
i roztrzaskać człowieka o ścianę w sekundy, psionik klasy beta jest
najpotężniejszym, jakim może stać się człowiek, nie oszalawszy jednocześnie.
Psionicy klasy alfa i alfa plus noszą w sobie przerażającą moc. Jednym
spojrzeniem potrafią wywrócić człowieka na lewą stronę, a ruchem ręki rozerwać
na strzępy wojennego tytana.
Ona spopieliła
demona Osnowy patrząc tylko na niego. Gdybym oceniał ją ludzkimi kategoriami,
musiałbym założyć, że jest co najmniej psioniczką klasy alfa, choć gotów byłem
wysnuć śmiałe podejrzenie, że równie dobrze mogłaby okazać się całkiem zdolną
alfą plus. Tak podejrzewałem i tego się obawiałem.
Gdyby była
człowiekiem, nie miałaby prawa trwać przy zdrowych zmysłach.
Ale nie była
człowiekiem. Była przecież Eldarem.
Teraz dopiero
pojąłem chłód jej zachowania. To była cecha właściwa Eldarom, owszem, ale nie z
tego jej zachowanie wynikało, jak z początku sądziłem. Nie, ona wiecznie
musiała się kontrolować, by nie pozwolić jej mocy nad sobą zapanować. By demony
Osnowy jej nie opętały i nie potraktowały jak bramy do rzeczywistego świata. A
może Eldarzy byli na to niewrażliwi? Może szukałem drugiego dna tam gdzie w
ogóle go nie było? Moja wiedza o Eldarach była doprawdy o wiele mniejsza, niż
wymagałoby się tego od inkwizytora Ordo Xenos. Za wiele czasu poświęciłem z
kolei Nekronom, a teraz te braki boleśnie odbijały się na mojej pracy. Będę
musiał coś z tym zrobić.
Poczułem
mieszankę obrzydzenia i szacunku pod jej adresem, założywszy, że jednak elearzy
są wrażliwi na demony tak samo, jak ludzie, i nieco zmieniło się moje
spojrzenie na nią , nawet jeśli wciąż pozostawała brudnym obcym, niegodnym
szansy na egzystencję.
— Nie bój się —
powiedziała. — Nie skrzywdzę cię. Nie pierwszy raz pomagam ludziom. I nie
pierwszy raz robię coś takiego na waszych oczach. Nikogo jeszcze nie
skrzywdziłam. Nawet waszych wstrętnych gwardzistów, choć tu przyznam, że bardzo
chciałam.
Nie wiedziałem,
co się za tym kryło, ale nie czułem, żeby pytanie o to było na miejscu.
— A co
powiedzieli szczęściarze, którzy widzieli to ostatnim razem? — zapytałem zamiast
tego.
— Nazwali mnie
„ziejącą ogniem suką” — powiedziała z prostotą i takim tonem, że jasnym dla
mnie było, że nie miała zielonego pojęcia, jaki był tego wydźwięk.
Choć
zdecydowanie nie był to odpowiedni moment, to głośno się roześmiałem.
Ujęła mnie pod
rękę i pomogła mi iść. Wzdrygnąłem się; nie mogłem przywyknąć do jej obecności
i jej dotyku. Niby wszystko było z nią w porządku, ale jej obecność wywoływała
we mnie dziwny nastrój, który ciężko mi było opisać. To nie było nieprzyjemne,
ale… obce. Niepokoiło mnie. Podobno ci, co nie mieli dusz, wywoływali w
„normalnych” podobne odczucia, ale nigdy wcześniej nikogo takiego nie spotkałem
i ciężko było mi to ocenić.
— Musimy stąd
odejść — rzekła cicho.
— Tak. — Tylko
tyle zdołałem z siebie wydusić.
Szliśmy długo i
z trudem. Nie wydała z siebie choćby jednego jęku, ale widziałem, że cierpi. Ja
zresztą też cierpiałem. Może nie fizycznie, ale cierpiałem.
— Jesteś cały?
— zapytała mnie wreszcie, spoglądając na mnie z ukosa.
— Tak, jestem.
To drobne rany. — Wcale tak nie było, ale nie chciałem przyznawać się przed nią
do słabości.
— Dumę też masz
całą? — zapytała jakimś takim odrobinę niefrasobliwym tonem, zupełnie do Eldara
niepasującym.
Skrzywiłem się
na jej niewybredne słowa i zadrżałem mimo woli na samą myśl o tym, co mogło się
stać.
— Jeszcze nie.
Ale zbiorę ją do kupy, dziękuję. — Po chwili jednak z największym trudem
dodałem: — Naprawdę ci dziękuję.
Skinęła głową,
jakby zupełnie nie było o czym mówić. I dobrze, bo przez moment sądziłem, że
prędzej odgryzę sobie język niż podziękuję brudnemu obcemu, ale ostatecznie
zawdzięczałem jej dumę, a może i życie. Niech stracę, należało jej się. Wcale
nie musiała mnie ratować. Prawdę mówiąc nie wiem, czy gdyby role się odwróciły,
to ja bym ją ocalił. Wcale nie byłem tego taki znowu pewien.
Dotarliśmy do
opuszczonego budynku i zatrzymaliśmy się tam, by przenocować. To znaczy ja
musiałem, bo sądzę, że Iserith nie potrzebowała tyle snu, co człowiek, jednak
taktownie milczała, gdy poddałem się i tłumaczyłem jej, że umieram ze zmęczenia
i że muszę choć spróbować zaleczyć te rany, choćby powierzchownie, nim ruszymy
dalej. Każdy dzień zwłoki obniżał nasze szanse, ale znałem siebie i swoje
ciało, wiedziałem więc, ze w tym stanie nie podołam.
W milczeniu
zdjęła ze mnie pancerz i ubranie i opatrzyła moje rany. Nie opierałem się,
byłem zmęczony, zresztą ostatecznie niedawno uratowała mi życie. Nie miałem
powodów jej nie ufać.
Jej dłonie były
chłodne, ale zaskakująco delikatne i troskliwe. Zgrabnie operowała opatrunkami,
wyraźnie starając się nie sprawiać mi więcej bólu, niż to było absolutnie
konieczne i nieuniknione.
Później odwróciła się do mnie plecami i
opatrzyła swoje własne rany.
Ułożyłem się na
pryczy, a ona usiadła na podłodze, plecy odparłszy o ścianę.
Milczała cały
ten czas, podobnie zresztą jak ja. Patrzyłem na nią i zastanawiałem się,
dlaczego postanowiła nam pomóc. To ja jej potrzebowałem, nie odwrotnie. Ba,
wiedziała przecież dobrze, że powinienem ją zabić. Powinienem. Nigdy nie byłem
radykałem. A jednak, mimo wszystko, teraz byłem gotów związać się z nią
sojuszem, jeśli sytuacja tego wymagała. Oczywiście tylko na tak długo, jak to
będzie niezbędne. Była mi nieocenioną pomocą, ale pozostawała tylko… Eldarką.
— Czuję się
bezpiecznie — rzekła cicho, a ja poczułem narastającą irytację, bo znów czytała
moje myśli. — Myślisz tak głośno, mon-keigh, że nawet Nietknięty by usłyszał.
Ale tak, czuję się bezpiecznie. Widziałeś dzisiaj mój popis. Myślisz, że mam
się czego bać? Sądzisz, że ktokolwiek z was by mnie skrzywdził? Nawet wasza
psioniczka mi nie zagrozi — rzekła sucho.
Czułem, że pod
tym zdaniem coś się kryje, ale wiedziałem też, że pytanie jej o to mija się
zupełnie z celem. Ani jedna, ani druga uparcie nie chciała wyjaśnić, co było
powodem nieporozumienia między nimi. Obie były z kolei tak potężne, że choćbym
chciał, o nie mógłbym ich zmusić do wyjawienia prawdy.
— Jak długo już
walczysz? — zapytałem ją.
— Walczę?
— Demony
próbują przedostać się przez psioników do rzeczywistego świata.
Eldarka
zaśmiała się cicho i chyba szczerze.
— Och, mon-keigh,
różnimy się od siebie nieco bardziej — odrzekła. — Ale to nie znaczy, że ja nie
toczę swojej walki. Nie jestem w stanie nawet powiedzieć ci, jak dawno temu… to
było. U nas, Inkwizytorze, dzieje się zupełnie odwrotnie niż u was. Psionicy
żyją dłużej. Nie wiem, jak długo żyję. Podobno urodziłam się jeszcze w czasach,
gdy Prymarchowie stąpali po ziemi, ale nie wiem dokładnie, kiedy to było.
Koniec końców jestem wyrzutkiem i naprawdę nie bardzo zwracam uwagę na upływ
czasu. Mogę powiedzieć tyle, że… po raz pierwszy pomagałam jednemu z was…
przeszło sześćset lat temu. Jak dużo czasu minęło…
Mimochodem
przesunęła palcem po migoczącym przy jej pasie kamieniu duszy, a ja
kontemplowałem przez chwilę, jak stara była. Uznałem, że oszaleję, jeśli nie
przestanę o tym myśleć.
— Co to jest? —
zapytałem ją, ruchem głowy wskazując na migoczący kamień u jej pasa.
— Kamień duszy
— odpowiedziała, a ja, gdybym miał siłę, to przewróciłbym z lekceważeniem i
zniecierpliwieniem oczami.
— I po co ci
on, skoro własnej nie masz? — zapytałem ją szorstko.
— Każdy z nas
go ma — powiedziała tylko, zupełnie niezrażona moją kpiną. — Może Roześmiany
Bóg byłby łaskaw wyrwać mą duszą z rąk Tej, Która Pragnie, ale…
Tak,
pojmowałem, co chce powiedzieć. Coś migotało wewnątrz kamienia, tliło się bladym,
niebieskim blaskiem niczym maleńki ognik.
— Ale coś z nim
zrobiłaś? — zapytałem. Nie wiedziałem, czy zechce odpowiedzieć. Właściwie, to
oczywistym było, że toleruję ją jedynie z obowiązku. Ale nie wyglądała na
urażoną tym pytaniem. W ogóle jak na Eldarkę zaskakująco spokojnie znosiła moje
towarzystwo.
— Tak —
powiedziała. — Oddałam go komuś, kto… potrzebował go bardziej, niż ja. Komuś,
kogo chciałam uratować przed okropnym losem. Nie wiem, czy… nie wiem, czy jest
świadom tego wszystkiego… tych setek lat… Chciałam zwrócić mu życie, ale… ale
wszystkie moje pomysły zawiodły. Pewnie jest to możliwe, ale… Ale jak dotąd nie
było.
Dlatego noszę
go, ten kamień, zawsze przy sobie. To wszystko, co mam.
W jej głosie brzmiała
jakaś dziwna tęsknota i głęboki, wprost niezmierzony smutek.
Nie znalazłem
na to odpowiedzi, a i nie czułem, by pytanie o to było na miejscu. Nie teraz.
Sześćset lat,
pomyślałem. To był ogromny szmat czasu, tak długi, że aż ciężko było mi to sobie
wyobrazić. A ile ona sama sobie liczyła… Była ode mnie dziesiątki razy starsza
i o setki lat doświadczenia mądrzejsza. Rzeczywiście w zaistniałej sytuacji ja
sam poczułem się przy niej młodą, bezrozumną małpką.
— Zmądrzałeś —
mruknęła, i choć nie widziałem jej twarzy ukrytej za białą, diabelską maską,
gotów byłem dać sobie obciąć rękę, że się uśmiecha.
— Możesz, z
łaski swojej, przestać grzebać mi w głowie? — burknąłem, nieprzyjemnie
poruszony. Ani nie czułem jej obecności, ani nie potrafiłem jej zatrzymać. —
Tak się po prostu, po ludzku, nie robi.
— Ty się przede
mną wcale nie kryjesz, aż się prosisz — odrzekła mi, a pewna dziwna, zupełnie
niepasująca do wyniosłego Eldara wesołość zabrzmiała w jej głosie. Uznałem to
za efekt tego, że zwykła przebywać pośród istot spoza swej rasy.
— Jeśli mamy
współpracować, to nie powinnaś siedzieć mi we łbie — warknąłem.
— Nie chciałem
się bronić, ale jeśli nie przestaniesz, to zacznę!
— Dobrze, już,
dobrze — rzekła ugodowym tonem. — Dobrze. Więcej nie będę.
— Już tak
mówiłaś.
— Teraz
naprawdę, obiecuję.
Milczałem
długo. Bardzo długo.
A potem, ni
stąd, ni zowąd, postanowiłem wyznać jej, czego mi trzeba. Przecież i tak dobrze
to wiedziała. Znała moje myśli, mogła udawać, że wcale nie, ale ja dobrze
wiedziałem jaka jest prawda.
— Myślę, że
powinniśmy udać się do Czarnej Biblioteki — rzekłem.
Zwróciła na
mnie swoje lśniące niby u kota oczy i przybrały one wyraz śmiertelnej powagi.
— Nie — rzekła
cicho i poważnie. — Nie. Lubię cię, Inkwizytorze. Jak ty to lubisz podkreślać,
tak po ludzku cię lubię. Nie jesteś wcale takim znowu skończonym idiotą, jak z
początku sądziłam. Ale ci nie ufam. Masz mętlik w głowie. Nie wiesz, co ze mną
począć. Nie jesteś przekonany do sojuszów. Nie jesteś… Eee… jak to było…? Radykałem?
— Nienawidzę
cię.
— Jeśli kiedyś
się przekonasz, jeśli szczerze zaczniesz uważać, że jesteśmy równi sobie, albo
przynajmniej niegodni tego, byś chciał nas wszystkich uśmiercić, wtedy być może
cię zabiorę. Być może. Nie mogę ci tego obiecać. Ale na razie na to nie
zasługujesz, mon-keigh. Zmądrzałeś, ale jeszcze nie dostatecznie.
— Ty cholerna,
zarozumiała… — wycedziłem z trudem. —
Czy ty nie pojmujesz, że od tego zależy powodzenie tej naszej samobójczej
misji? Nie wiemy nic! Zupełnie nic! A tam jest wszystko, cała wiedza, jaką…
— Gdyby to była
jedyna szansa, wtedy bym się tam udała — rzekła spokojnie. — Sama. Zaufaj mi,
to jeszcze nie jest ostateczność.
— Co ty możesz
o tym…
— Czas chyba,
żebym coś ci wyjaśniła — rzekła stanowczo, nie zważając zupełnie na to, że
byłem w połowie zdania. — Miałeś kiedyś z Eldarami styczność inną, niż bitwy?
— Miałem.
— Więc jaką
różnicę między mną a nimi widzisz?
Pomyślałem
przez moment, choć przyznam się, że irytacja bardzo mi to utrudniała.
— Nie mówisz w
tak patetyczny i pretensjonalny sposób — rzekłem wreszcie. — I koniec końców aż
tak się nie wywyższasz, niech stracę.
Pokiwała głową.
— To dlatego,
że nie jesteś pierwszym człowiekiem, ba, nawet nie pierwszym inkwizytorem,
któremu pomagam. Przywykłam bardziej do towarzystwa ludzi niż Eldarów. Nie
wiem, czy nasze relacje były… sankcjonowane, tak? Nie wiem i jeśli mam być z
tobą zupełnie szczera, to wcale mnie to nie interesuje. Ja widzę, że wy mimo
wszystko robicie wiele dobrego. I chcę tego samego. A problem polega na tym,
że, jak już wspominałam, jestem wyrzutkiem własnej rasy. Oni sądzą, że są
przeklęci, kiedy się do nich odezwę. Szanują mnie, ale nikt nie chce mi pomóc.
Nikt nie chce, bym ja pomogła. Jestem więc na was skazana, jeżeli nie chcę siedzieć
z założonymi rękoma. Ale to nic. Nigdy was nie nienawidziłam. Owszem, jesteście
dla mnie mon-keigh, ale jesteście też wspaniali, tacy różnorodni, tacy…
zagubieni. I tyle jeszcze przed wami. Możecie stać się kimś wielkim. I nie
popełnić naszych błędów.
Możecie jeszcze
podążyć dobrą drogą. Możecie zapewnić sobie lepszą przyszłość. Sobie i nam
wszystkim.
Umilkła,
pogrążając się we własnych myślach.
— Ja jestem
cieniem naszej dawnej potęgi — rzekła potem, po długiej, długiej chwili
milczenia. — Kiedyś bardzo wielu z nas potrafiło to, co ja. Mogliśmy niszczyć
światy samą myślą. Oczywiście żadne z nas tego nie robiło, ale byliśmy do tego
zdolni. Mieliśmy w rękach niewyobrażalną potęgę. Trzymaliśmy światy w garści.
Ale buta i zarozumialstwo zaprowadziły nas do Upadku. Wśród nas niewielu jest
takich jak ja. Potężnych jak nasi przodkowie. Ale ja tej mocy nie używam. Tylko
w chwilach, gdy nie widzę innych alternatyw. Takiej potęgi nie powinno się
nadużywać. Ja się nauczyłam, czerpiąc z doświadczeń moich przodków. Czasami nie
mogę się opanować, nawet po tych setkach lat, ale robię wszystko, by korzystać
z tej mocy rozważnie. Jeśli i wy to pojmiecie, jeśli dotrze do was, że… że z
władzą i potęgą trzeba obchodzić się bardzo, bardzo ostrożnie… Wtedy macie
szansę stać się kimś naprawdę wielkim. Ale jeszcze wiele przed wami. Gdybyście
tylko zechcieli… Otworzyć się na to, co mamy wam do pokazania. Gdybyście
chcieli czerpać z naszych błędów… Znów zrobiła przerwę.
— Dobrze
robicie, pozbywając się potężnych psioników — mówiła dalej. — Nie podoba mi się
to, ale do władania ogromną siłą trzeba mieć dużo opanowania i rozsądku. Wy nie
tylko tego nie macie, ale też nie umiecie bronić się przed demonami Osnowy.
Lepiej ich wyeliminować. Nie macie na razie dość sił… I dlatego ktoś musi was
poprowadzić. Wiem, że nie zmienię świata sama. Ale mogę pomóc wam w tym, co
uważam za słuszne. Później nasze drogi się rozejdą, robiłam to już wiele razy.
Ale na razie twoja sprawa jest moją sprawą. Pomagałam wiele razy i pomogę i ten
raz. Masz we mnie sojusznika, Inkwizytorze. Zaufaj mi. Jestem tu dla ciebie i
dla nikogo innego.
— Nie umiem ci
ufać — przyznałem, choć sam nie wiedziałem, co mnie do tego podkusiło. — Nie
potrafię. Nauczono mnie, że takich jak ty należy zabijać.
— Mógłbyś?
— Nigdy bym cię
nie pokonał — przyznałem ze wstydem. Taka była prawda, była dla mnie zbyt
potężna. W otwartej walce nie miałem żadnych szans.
— Wiem —
kiwnęła głową. — Ale pytam, czy mógłbyś to zrobić. Ostatecznie uratowałam ci
życie.
— Nie jestem
tak porządny, jak sobie wyobrażasz. Jeśli spodziewasz się, że spojrzę na to w
kategorii zaciągniętego długu, to się grubo mylisz.
— Bo nie jestem
człowiekiem?
— Nie tym
razem. Po prostu nie jestem tak porządny jak sądzisz. I to ma niewiele wspólnego
z tobą. Ale tak, świadomość tego, że nie jesteś człowiekiem na pewno tu nie
pomaga — przyznałem.
Kiwnęła głową.
Przez tę przeklętą maskę nie mogłem nic wyczytać z jej twarzy.
Kiedy już
uwierzyłem, że więcej się nie odezwie, powiedziała:
— Mój
przyjaciel powiedział kiedyś, że każdy z was prędzej czy później stoczy się w
otchłań radykalizmu — powiedziała. — Był kiedyś zatwardziałym purytaninem.
Pewne… wypadki zmusiły go do szukania pomocy u nas. U Aeldari. Był w rozpaczy, kiedy zobaczyliśmy go pierwszy raz. Cały
świat runął mu na głowę. Ale zaskarbił sobie naszą przyjaźń i niektórzy z nas
zdecydowali się mu pomóc.
— Twój
przyjaciel był inkwizytorem? — zapytałem, wytrzeszczając oczy. To było niemożliwe.
Po prostu niemożliwe.
— Tak —
powiedziała, jakby słysząc jak rozpaczliwie zaprzeczałem temu w myślach. — I
nigdy, przenigdy nie śmiałabym nazwać go „mon-keigh”. Był… wyjątkowy. Ale był
purytaninem, widziałam to w jego głowie, u początków swej kariery zabiłby mnie
bez chwili wahania… gdyby zdołał. Ale kiedy przyszłam do niego, kiedy go
poznałam i zaoferowałam mu pomoc… wiesz, ja zrobiłam to z ciekawości. Inni…
cóż, nie akceptują mnie. Boją się. A ja łaknęłam kogoś, kto zechce wyrzec do
mnie choć słowo. My oboje byliśmy… złamani. I prawdopodobnie dlatego ja tak
rozpaczliwie szukałam kogoś, kto mnie zrozumie pośród was, a nie pośród swoich,
a on… on zdradził wszystko, w co wierzył, szukając dla siebie ratunku. Wkroczył
na drogę radykalizmu w rozpaczy i bez nadziei… A ona dała mu wszystko. Gdyby
nie poprosił o pomoc, gdyby nie zechciał… —
Umilkła na chwilę. — On pojął, że nie jesteśmy źli. Wiem, że większość z
nas jest zarozumiała, ma się za kogoś lepszego od was. Ale koniec końców
wszyscy jesteśmy tacy sami. Koniec końców nie istnieją żadne granice. Nie ma
żadnej bariery między nami i… Chyba za dużo mówię. Chyba nie do końca chcę o
tym mówić.
— Czy… — zawahałem się, ale uznałem, że jeśli nie
zechce, nie musi mi odpowiadać. — Czy to jemu oddałaś swój kamień? Jego duszę
nosisz?
— Tak.
W tym słowie
było więcej, niźli chciała mi przekazać. Soliterzy podążają Ścieżką Zatracenia.
Ich dusze są stracone, z góry przeznaczone dla Slaanesha. Niewiele mi o tym
wiadomo, bo Eldarzy nawet między sobą nie chcą o tej ścieżce mówić. Moje
szczątkowe informacje mówiły właśnie tyle. Czytałem w jednym z opracowań, że
według eldarów, Roześmiany Bóg może się nad takim ulitować i zwrócić mu duszę.
Ale najpierw należałoby mieć kamień duszy. To, ze zdecydowała się go oddać… To,
ze oddała go człowiekowi… to było dla mnie wprost nie do pojęcia. Zupełnie poza
zakres mojego rozumowania wychodziła perspektywa, aby Eldar mógł się tak
poświęcić dla kogoś, kogo powinien mieć za nic.
Być może
rzeczywiście nie wszystko było takie proste i oczywiste, jak do tej pory mi się
zdawało. Być może rzeczywiście różnice między nami dla niektórych nie miały tak
wielkiego znaczenia, jak dla mnie. Ale nic nie mogłem poradzić na to, że
wychowano mnie tak, a nie inaczej i mogłem jedynie czuć się oburzony taką
bluźnierczą „przyjaźnią”. A jednak… A jednak, tak po ludzku, było mi jej żal.
Było mi żal, bo smutek i tęsknota brzmiące w jej głosie były bardziej ludzkie,
niż bym sobie tego życzył.
Mogliśmy się
różnić, ale koniec końców wygląda na to, że kochaliśmy tak samo.
— Przykro mi —
powiedziałem tylko, nie bardzo wiedząc, co innego mógłbym rzec. Oczywistą
sprawą było to, że ten ktoś musiał wiele dla niej znaczyć. I choć perspektywa
takiej zażyłości pomiędzy człowiekiem a eldarem wydawała mi się bluźniercza,
odrażająca i wszeteczna, to nie mogłem się wyzbyć współczucia.
— Wierzę —
powiedziała tylko. — A teraz idź spać, Inkwizytorze. Popilnuję cię.
Położyłem się,
ale bardzo długo nie mogłem zasnąć.
*
Planeta opanowana
była przez siły Chaosu w o wiele głębszym stopniu, niż zdawało mi się do tej
pory. Źle spałem; towarzyszyły mi złe sny, podobne do tych, które nawiedzają
człowieka podczas tranzytu w Osnowie. Chciałem odpocząć, ale nie mogłem, bowiem
budziłem się co chwilę spocony i z sercem na ramieniu, lękając się, że
domniemane sny okażą się jawą i że będzie to ostatni dzień mej służby
Imperatorowi.
Leżałem więc,
umęczony, i pozwoliłem myślom płynąć. Nie wiem, czy Iserith spała. Siedziała
pod ścianą, za każdym razem tak, jak widziałem ją ostatnio, raz tylko
zauważyłem, że zmieniła nogi — prawą, uprzednio zgiętą i podciągniętą pod brodę
rozprostowała, a oparła się na lewej. Całe szczęście, bo była tak nieruchoma,
że gotów byłbym się zlęknąć, że umarła.
Myślałem i
trawiłem słowa, które poprzedniego dnia od niej usłyszałem. Ten jej przyjaciel…
Nie dawało mi to spokoju. Oburzająca wydawała mi się myśl o eldarce i
człowieku. Inkwizytorze. To była zdrada i herezja na taką skalę, że… och, nie,
oczywiście, można było dokonać większej zdrady. Chaos byłby po stokroć gorszy.
Relacje z obcym… Zdarzały się. Sankcjonowane. Ale nie… nie takie. Nie
wiedziałem, co o tym myśleć. Nie chciało mi się wierzyć, że ktoś taki jak ja
mógłby… Chociaż, czy tak naprawdę kogokolwiek by to obchodziło? Nie byłem wcale
taki pewien.
Nie widziałem nigdy jej twarzy, ale gdybym
nie wiedział nic o Arlekinach i gdybym nie patrzył na nią w ruchu gotów byłbym
stwierdzić, że to zwyczajna ludzka kobieta. A i jej zachowanie nie było
charakterystyczne dla reszty znanych mi eldarów. Nie była zarozumiała. Czasami
śmiała się z mojej, w jej mniemaniu, naiwności, ale to wynikało z jej
doświadczenia i — dla mnie — sędziwego wieku, a nie z bezsensownego poczucia
wyższości. Może byłem purytaninem, ale nie byłem idiotą i mogłem pojąć, że
istota licząca sobie niemal tysiąc lat musi być ode mnie rozsądniejsza i
bardziej doświadczona. Pamiętałem zresztą, jak wielki wstręt czułem do niej w
dniu naszego spotkania i wiedziałem, co czuję teraz. Myliłem się z początku i
choć towarzystwo eldarki było obce i nieprzyjemne, to z całą pewnością już nią
nie gardziłem. Tamten inkwizytor, kimkolwiek był, zrobił coś, co nie mieściło
mi się w głowie.
Czy
stoczył się w otchłań skrajnego radykalizmu i zapałał do obcych miłością, jak
Bronislaw Czevak, czy też był to fortel, który posłużyć mu miał do osiągnięcia
tylko jemu znanego celu pozostawało dla mnie tajemnicą. Ale koniec końców
wątpiłem, by nawet Czevak posunął się w swoim radykalizmie tak daleko. To była
dla mnie nieprzekraczalna granica. Do dziś nawet nie przeszło mi przez myśl, że
to było możliwe.
Popatrzyłem na nią, ale w ciemności niewiele
widziałem, jedynie zarys jej ciała i bladą plamę w ciemności, która musiała być
jej maską. Była oszałamiająca, to musiałem przyznać, szczególnie, kiedy się
ruszała. Holokostium, kiedy nie używała go zgodnie z jego przeznaczeniem,
dodawał jej tylko powabu. Soliterzy nie nosili takiej pstrokacizny jak pozostałe
eldarkie pajace. Jedną nogawkę i część kołnierza miała pokrytą romboidalnym,
czerwono-niebieskim wzorem, ale daleko jej było choćby do aparycji Błaznów
Śmierci, podobnie zresztą jak do wszystkich innych. Czarny, przypominający
skórę kostium podkreślał tylko to, jak bardzo ona odstaje od pozostałych. Była
zgrabna i kusząca, ale czego mógłbym się spodziewać po kimś, to w występach
Arlekinów odgrywa rolę Księcia Rozpusty?
Słyszałem jej głos, gdy mówiła o swoim
przyjacielu. Słyszałem jej ból i tęsknotę.
Nagle pomyślałem, choć szczerze mówiąc,
brzydziłem się tą myślą, że może to był sposób, by zdobyć jej zaufanie, a może
nawet jej posłuszeństwo. Może powinienem jej pomóc. Może powinienem spróbować
przywrócić tego inkwizytora do życia. To znaczy spróbować, bo nie byłem idiotą,
by sądzić, że to w ogóle możliwe. Pewnym jednak było, że Eldarzy nigdy,
przenigdy jej nie pomogą. Nie wiem, jak by zareagowali na to, że oddała swój
kamień duszy człowiekowi. Nie wiem, ale tylko dlatego, że byłą tym, kim była. Każdego
normalnego Eldara na miejscu by zamordowali. Albo chociaż wygnali. Jeżeli
ktokolwiek mógłby cokolwiek zrobić, to może Techadepci, ale to wymagałoby czasu
i było wątpliwe. Z drugiej jednak strony, takie praktyki… nie wiem, czułem, że
są niewłaściwe. Że nie powinniśmy przywracać do życia kogoś, kto powinien
odejść przeszło sześćset lat temu. Choć ta myśl wydała mi się obrzydliwa,
pomyślałem, że może powinienem po prostu ją okłamać. Pytanie tylko czy — albo
raczej jak szybko — by się tego domyśliła.
Nie wiedziałem, co
o tym wszystkim myśleć. A jednak miałem wątpliwości. Jak do tej pory, z całego
mojego doświadczenia, to ludzie okazali się większymi bestiami niż obcy… A
przynajmniej niż eldarzy. Nigdy nie zapomniałem co mój mentor, inkwizytor
Cadriel Meras uczynił z moją planetą. Na co kazał mi patrzeć. Pokazał mi
skrajną, najgorszą stronę purytanizmu. Pokazał mi czystą, ślepą i niczym
niepopartą nienawiść, chęć dokonania mordu na eldarach, którzy — nawet ja, choć
uważałem się za purytanina, musiałem to przyznać — nic nie zawinili. Chcieli
załatwić sprawę pokojowo. Nie chcieli nikomu wyrządzić krzywdy. Wiedziałem, jak
wiele ich kosztowało wyciągnięcie do nas ręki. Nie uczynili tego bez ujmy na
honorze. I choć podjęli taką a nie inną decyzję bardziej z szacunku do życia
własnego ludu, niźli naszego, to koniec końców to my okazaliśmy się
pozbawionymi honoru, podstępnymi bestiami, które poświęciły życie milionów w
imię nienawiści i niczego więcej. Czy takie myślenie czyniło ze mnie radykała?
Rzeczywiście granica była cienka. Nie kochałem może eldarów, ale miałem z nimi
nieco do czynienia i jedno mogłem powiedzieć bez wahania — nie zawsze zasługują
na to, by traktować ich tak, jak pozostałych.
Miałem w głowie
taki mętlik, że gdy wreszcie zasnąłem, śniłem tylko o Eldarach i upadłych
Inkwizytorach.
*
Eldarskie
lekarstwa Iserith zadziałały i rano oboje byliśmy zdolni do drogi.
Przeklinałem
swoją głupotę i to, że postanowiłem nie brać ze sobą mocniejszego pancerza. Ale
też nikt nie mógł przewidzieć, że cała ta historia tak się skończy.
Iserith
przeciągnęła się jak kotka, wyginając plecy w łuk. Coś było nie tak, ale przez chwilę
mój zmęczony umysł nie mógł pojąć, co takiego. Zorientowałem się długą chwilę
później.
— Twój holokostium
— zauważyłem. — Jest cały.
Rzeczywiście, po
rozdarciu zrobionym przez demonetkę nie było choćby śladu.
Mruknęła coś
niewyraźnie na potwierdzenie moich słów, ale niczego nie wyjaśniła.
— Co się stało? —
zapytałem ją. Milczała przez chwilę a potem rzekła:
— Demony odeszły.
— Skąd wiesz? —
zapytałem, ale zaraz zrozumiałem, że jej psioniczne możliwości nigdy nie będą
wchodziły w zakres moich możliwości i mojego zrozumienia.
— Czuję je —
powiedziała tylko. — Odeszły w nocy, gdy spałeś. Coś tutaj przyszło, ale chyba
to wystraszyłam.
Wystraszyć demona.
Nie chciałem o tym myśleć. Po prostu nie chciałem.
— Dobrze się
czujesz? — zapytała mnie, a z dziur w jej masce wyzierało na mnie jej mądre
spojrzenie.
— Tak —
powiedziałem. Moje rany były w naprawdę niezłym stanie. Nie powinny przeszkadzać
w drodze i w walce. — Nie. Źle spałem.
— Wiem —
powiedziała. — Co chwilę się budziłeś.
Chciałam ci pomóc i odegnać sny, ale lękałam się, że coś nas tu wtedy znajdzie.
Nic na to nie
odpowiedziałem, z jednej strony poirytowany myślą, że sądziła, ze potrzebuję
jej pomocy, a z drugiej gdzieś w głębi serca wdzięczny za to, że o mnie
pomyślała.
— Chodźmy — rzekłem. Urządzenia nie działały,
zakłócane przez pole magnetyczne planety, musiałem więc polegać na jej
psionicznych zdolnościach, dlatego zapytałem: — Jak daleka droga przed nami?
— Przed wieczorem
powinniśmy dotrzeć na miejsce — powiedziała cicho. — Ale nie wiem, ile zajmie
nam błądzenie po świątyni.
— Świątyni?
— Nie mówiłam? To
nie ma znaczenia — mruknęła. — Z tym, co tam na nas czeka powinniśmy sobie
poradzić. Nie wiem tylko, czy nasze zdolności będą wystarczające, by przedrzeć
się przez same ruiny i ich barierę.
— Nie mamy wyboru
— rzekłem.
— Nie, nie mamy —
skinęła głową.
— Nadal uważasz,
że nie warto udać się do Czarnej Biblioteki, żeby w ogóle dowiedzieć się z czym
mamy do czynienia? — zapytałem, choć oczywiście miałem świadomość tego, co
usłyszę od niej w odpowiedzi.
— Nadal tak uważam
— powiedziała spokojnie. — Jeżeli nam się nie uda tutaj, wtedy się tam wybiorę
i poproszę o pomoc.
— Jak? —
prychnąłem. — Żaden z eldarów nie zechce przecież z tobą mówić.
— Owszem, ale jest
tam ktoś, kto nie lęka się tego, że zostanie przeklęty — powiedziała. — I
będzie mi pośredniczył. Też mu było spieszno. — Popatrzyła na mnie z ukosa.
— I został
więźniem. Przynajmniej na razie.
Uniosłem wysoko
brwi.
— Macie tam
człowieka? — zapytałem, a ona skinęła głową. I więcej nie chciała powiedzieć.
Wyszliśmy na
ponure wrzosowisko i podążyliśmy przez pole, w stronę gór. Szliśmy w milczeniu,
zamyśleni. Ja nerwowo rozglądałem się, się starając się wyczuć jakąś wrogą
obecność, ale musiałem przyznać Iserith rację. Kroczyła obok mnie spokojnie,
wpatrzona przed siebie.
Lękałem
się tego, co znajdziemy u celu. Mapa spisana przez dawnych eldarów… Być może
rozszyfrowanie jej pozostanie dla nas na zawsze niemożliwe. A może wręcz
przeciwnie, być może została ona napisana dla nas, jako dziedzictwo rasy
zdążającej ku zagładzie? Nie, chyba nie było sensu gdybać. Najważniejszym było
zdobyć mapę nim uczynią to sługi Chaosu.
Zatrzymałem się i
popatrzyłem na eldarkę. Stanęła chwilę po mnie i zwróciła się w moją
stronę.
— Chcę zobaczyć
twoją twarz — powiedziałem.
Milczała chwilę,
wbijając we mnie swoje przenikliwe spojrzenie. A potem się odezwała, a jej głos
brzmiał najzupełniej spokojnie.
— Dlaczego? —
zapytała.
— Możemy umrzeć —
zauważyłem.
— Możemy.
— Tak —
powiedziałem. — Więc chciałbym wiedzieć u boku kogo może mi przyjść zginąć.
Rozważała przez
chwilę moje słowa, a potem spokojnie, niespiesznie uniosła w górę ręce.
Najpierw zsunęła sobie z głowy kaptur, a potem, po chwili zręcznego
manewrowania palcami z tyłu głowy, zdjęła swoją demoniczną maskę.
Była bardzo
piękna. Nie wiem dlaczego, być może dlatego że maska odznaczała się wyraźnie
androgenicznymi cechami spodziewałem się, że coś podobnego ujrzę pod nią. Ale
nic podobnego się nie zdarzyło. Miała jasną, niemal białą skórę, przez którą
przy odrobinie dobrej woli mogłem dostrzec zarys niebieskich naczyń
krwionośnych. Twarz miała pociągłą, jak każdy eldar, z mocno zarysowanymi
kośćmi policzkowymi i długim, prostym nosem. Rysy miała mocne, ostre, ale
zarazem bardzo kobiece. Cała jej twarz pełna była ostrych linii — od
trójkątnego podbródka, poprzez spiczaste, elearskie uszy i lekko skośne oczy w
kształcie migdałów, o uniesionych do góry zewnętrznych kącikach. Tęczówki miała
w dziwnym, jasnym odcieniu, czymś pośrednim pomiędzy błękitem, szarością i
zielenią, błyszczące dziwne, jakby mogły odbijać światło, podobnie do kocich. Jej
usta były pełne i ładnie wykrojone, zupełnie zwyczajnie, choć bardzo blade.
Brwi miała dość ciemne, zważywszy na kolor włosów, i dość wysoko zarysowane,
ale nie wyglądało to dziwacznie. No i włosy — długie, proste, o złocistorudym
odcieniu, jasne i błyszczące ogniście w czerwonym świetle tutejszego słońca.
Była w jej twarzy pewna szlachetność, choć oczywiście prędzej odgryzłbym sobie
język niż bym to przyznał.
To wiele znaczyło.
Nie sądziłem, by byle komu pokazała swoją twarz.
— Tylko kobieta —
powiedziała, a kąciki jej ust uniosły się nieco. — Nic ponadto.
Tak, sam nie wiem,
czego się spodziewałem. Na pewno czegoś bardziej wyjątkowego. A ona? Była
zwyczajna. Bardzo piękna, jak już zauważyłem, ale to była cecha właściwa Eldarom
jako rasie – prócz tego była tak zwyczajna, że gdyby nie spiczaste uszy, to
doprawdy mógłbym ją wziąć za ludzką kobietę, choć o dość specyficznej
urodzie.
— Nie wiem czego
się spodziewałem — bąknąłem nieco zawstydzony. To była prawda. Spodziewałem się
chyba ujrzeć samego Slaanesha.
— Potwora —
powiedziała, z powrotem przywdziewając kostium i maskę. — Cieszę się, że mogę
cię wyprowadzić z błędu. Całkiem sprawnie mi to idzie przez ostatnie stulecia.
Ruszyła dalej, nie
czekając na mnie. Chcąc nie chcąc podążyłem więc jej śladem.
Walczyłem ze sobą,
ale koniec końców postanowiłem rzec jeszcze coś.
— Myślałem też o
tym, co mi wczoraj powiedziałaś — zacząłem. — O twoim przyjacielu.
Drgnęła
nieznacznie na me słowa, jak gdyby nieprzyjemnie ją poruszyły. Być może tak
było. Być może czuła, że rozgrzebuję stare rany.
— I? — zapytała,
ale w jej głosie nie było złości. Był tak samo spokojny i pozbawiony wyrazu jak
zazwyczaj. — Masz do wygłoszenia kazanie na temat tego, jak obrzydliwi byliśmy?
Albo na temat tego, jak bluźniercze są moje próby przywrócenia go do życia?
Nasłucham się zaraz o zdradzieckich heretykach i wszetecznych eldarskich
ladacznicach?
To było
zaskakująco ludzkie, taka agresja, którą chciała zamaskować ból.
— Och, widzę, że
już się nieco na ten temat nasłuchałaś, skoro jak z rękawa sypiesz takimi
określeniami — odciąłem się. — Nie. Wcale nie zamierzam niczego podobnego
mówić.
Nic
mnie to nie obchodzi, co robią i robili inni inkwizytorzy. Sami za siebie
odpowiadają a ja nie jestem z Odro Hereticus, żeby się tym interesować.
— To bardzo miło z
twojej strony.
Zbyłem tę
złośliwość milczeniem.
— Chciałem powiedzieć,
że jeżeli to nam się powiedzie, to chcę ci się odwdzięczyć
za
pomoc.
— Ach tak? — zapytała, spoglądając na mnie z
ukosa. — A na cóż takiego zasłużyłam wedle twojej opinii? I co to ma wspólnego
z moim przyjacielem?
Drażniła mnie jej
złośliwość, ale uznałem, że to jedynie mechanizm obronny przed rozmową na
bolesny temat. Czym prędzej więc chciałem go skończyć.
— A to —
powiedziałem — że mam zaprzyjaźnionego Techadepta. Nie jestem pewien co leży w
zakresie jego możliwości, ale myślę, że mam parę znajomości, które pozwolą mi
zorganizować dla twojego przyjaciela ciało. Nie wiem, czy Techadepci się zgodzą
i nie wiem, czy poradzą sobie z waszą technologią… Ale w ramach wdzięczności i
wynagrodzenia za twoją pomoc mogę przynajmniej zapytać, co da się zrobić.
Sam nie
wiedziałem, czy kłamię, czy mówię szczerze.
Eldarka zatrzymała
się i popatrzyła na mnie dziwnie. W jej bladych oczach czaiła się mieszanina
niedowierzania, nadziei, wdzięczności i podejrzliwości.
— Nie wierzę ci —
powiedziała nagle. Ale jej głos nie brzmiał pewnie.
— Niby dlaczego?
—
Czy to jest pułapka? Chcesz mnie w ten sposób ściągnąć na Imperialny świat?
Wiesz, że mogę skoczyć do Pajęczego Traktu kiedy zechcę i…
Położyłem jej ręce
na ramiona. Była niższa ode mnie, ale nadal wysoka. Kiedy zbliżyłem się do niej
na tak małą odległość, poczułem słodki i nieco mdły zapach przypominający
palony cukier. Dziwne skojarzenie, ale wydawało mi się najodpowiedniejsze.
Umilkła i
popatrzyła mi w oczy.
— Wejdź mi do
głowy, jeśli chcesz — powiedziałem, choć modliłem się, by tego nie uczyniła, bo
nie wiedziałem, co tam ujdzie. — Mówię prawdę. Nie wiem, czy to właściwe. Zdaje
mi się, że nie. Ale jeżeli to wszystko się uda, to będę ci naprawdę
dłużny.
— Mówiłeś, że nie
jesteś uczciwy — zauważyła. — Mówiłeś, że nie jesteś tak honorowy, jak mogłoby
mi się zdawać.
— Na co mam ci
przysiąc, byś mi uwierzyła?
— Na swoją duszę,
oczywiście.
— Zatem przysięgam
na swoją duszę, że nie ma w tym drugiego dna — powiedziałem. — Jestem ci coś
winien i chcę ci pomóc. Jeśli będę w stanie zwrócić ci twojego przyjaciela, to
tak zrobię.
Byłem obrzydliwym
kłamcą.
— Dlaczego? —
zapytała cicho. — Nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
—
Potrafię sobie wyobrazić — rzekłem, a ona zaśmiała się gorzko.
—
Nie, nie potrafisz. Nie potrafisz wyobrazić sobie tego, jak to jest czuć jego obecność
każdego dnia, mieć go tak blisko, a nie móc… —
Jej głos stał się piskliwy i zamarła w pół słowa. Jedną dłoń, odzianą w
czarną, skórzaną rękawiczkę, zaciskała na wiszącym u jej pasa błękitnym,
lśniącym kamieniu. — Nie potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest mieć go tuż
obok, a jednocześnie wcale go nie mieć. To jest udręka, choć mam nadzieję, że
jedynie dla mnie. Mam nadzieję, że on nie ma świadomości. Mam nadzieję, że…
— Uspokój się —
ofuknąłem ją. Żal mi jej było, ale nie było teraz czasu na użalanie się nad
sobą. — Nieważne, czy rozumiem wymiar twojej udręki, czy nie. Rozumiem, że
pragniesz mieć go z powrotem. I spróbuję ci pomóc. Bo wiem, że tego chcesz.
Więcej rozumieć nie muszę. A teraz chodźmy.
Ruszyłem przed
siebie, a ona stała jeszcze przez chwilę, nim z nieludzką szybkością mnie
dogoniła i znalazła się tuż u mogę boku.
— Jeżeli to się
uda — odezwała się cicho. — Jeżeli to się uda, to zaprowadzę cię do Czarnej
Biblioteki, choćby mieli mnie za to przekląć na wieczność. A jeżeli się nie
uda, to… to wiedz, że znaczy to dla mnie więcej, niż umiem to wyrazić. To, co
chcesz zrobić, to więcej, niż umiem… —
westchnęła głęboko. — Dziękuję ci. Tyle mogę powiedzieć.
Czułem się jak
ostatni śmieć, gdy powlokłem się za nią w niewiadomym kierunku. Miałem tylko
nadzieję, że jeśli to się wyda, to zabije mnie za to kłamstwo szybko i
bezboleśnie.